środa, 6 lipca 2016

Polecanko na wakacje. Trzecia antyutopia

Od jakiegoś już czasu nosze się z planem przypomnienia ważnej, według mnie, książki. Niesłusznie zapomnianej a niezwykle aktualnej. Chodzi o Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego.


Ray Bradbury jest jednym z czołowych twórców sf w Stanach Zjednoczonych. Napisał m.in. Kroniki Marsjańskie. Jednak do najpopularniejszych należy książka, na którą chce zwróć Wasza uwagę. 
Właściwie należałoby stwierdzić, że należała do najpopularniejszych. Bo obecnie trudno ją znaleźć na półkach sklepowych. A film z roku 1966, który również przyczynił się do popularności książki, zniknął z ekranów.
Fahrenheit 451 to antyutopia. Czyli opowieść o świecie przyszłości, w którym rzekome polepszenie warunków życia ludzi idzie w parze ze zniewoleniem. Najsłynniejszą jest Rok 1984 Orwella, kolejną, równe świetną, Nowy wspaniały świat  Aldousa Huxleya trzecią jest właśnie Fahrenheit. Oczywiście to nie jedyne tego typu opowieści. Jest jeszcze Mechaniczna pomarańcza Burgessa czy, właściwie wszystkie, dzieła Zajdla. 
Książka Bradbary’ego opowiada o świecie przyszłości, w którym wszystkie budynki są niepalne, a straż pożarna zajmuje się paleniem książek. 451O Fahrenheita to temperatura spalania papieru. Książki uznawane są za największe zło. Ludzie zaś, jako rozrywkę, masowo oglądają telewizję interaktywną. A wszystko to napisane w roku 1953! Dlaczego książki są tak niebezpiecznie? Gdyż pokazują fikcyjny świat (czyli pokazują, że może być inaczej) i uczą krytycznego myślenia. Głównym bohaterem jest jeden ze strażaków, Guy Montag, który spotyka swoją sąsiadkę i zaczyna mieć wątpliwości. Kluczowym momentem jest pytanie Klarysy - „Czy jest Pan szczęśliwy?”. Montag zaczyna sobie zadawać pytania, a nawet ukrywa książkę i ją czyta. W tle pojawia się groźba wojny nuklearnej, z której jednak bohaterowie nie do końca zdają sobie sprawę - mają wysokie poczucie bezpieczeństwa, jak się ostatecznie okazuje,  złudne.
Książka jest lekko napisane i niezbyt długa, w sam raz na chwilę wytchnienia w wakacje. Jest jednak niezwykle aktualna pomimo upływu 63 lat od jej wydania. Poniżej, na zrobienie smaka, kilka cytatów, które nic nie straciły ze swojej świeżości. Czyż nie doświadczamy właśnie tego co opisują bohaterowie Fahrenhei 451? 
  • „W ostatnich wyborach głosowałam , jak każdy, i złożyłam głos na prezydenta Noble’a. Sądzę, że nigdy jeszcze nie mieliśmy tak przystojnego prezydenta. - Och, ale ten drugi, co był przeciw niemu! - Ten nie był najładniejszy, co? Dość mały i przysadzisty, zawsze źle ogolony i potargany. - Co opozycjonistom przyszło do głowy, żeby go wystawić. Nie można wystawiać kandydatury niskiego mężczyzny przeciwko wysokiemu mężczyźnie. Poza tym bełkotał. Jak mówił to nie mogłam rozróżnić połowy słów. A tych, które rozróżniałam, to nie rozumiałam.”
  • „Czas nauki skrócono, programy zredukowano, zarzucono filozofię, historię i jezyki, angielski i ortografię stopniowo lekceważono coraz bardziej, aż wreszcie kompletnie zignorowano. Wzrasta tempo życia, liczy się posada, po pracy rozrywka. Po co uczyć się czegokolwiek poza naciskaniem guzików i przekręcaniem kontaktów, dociskaniem śrubek i nakrętek?”
  • „Nie, nie mówią. Wyliczają mnóstwo samochodów czy sukien, czy basenów pływackich i powiadają, jakie to eleganckie! Ale wszyscy powtarzają to samo i każdy mówi identycznie to co inni. A przez większość czasu w kawiarniach puszczają automaty z dowcipami, przeważnie te same dowcipy, albo włączają ścianę muzyczną i wszystkie te barwne wzory poruszające się w górę i w dół, ale nic poza kolorem i wszystko abstrakcyjne. A w muzeach… był pan tam w ogóle? wszystko abstrakcyjne. Przynajmniej teraz tak jest. Mój wujek mówi, że kiedyś było inaczej. Dawno temu obrazy mówiły coś, a nawet przedstawiały ludzi.”
  • „Bardzo nieliczni chcą być teraz buntownikami. A z tych nielicznych większość, podobnie ja mnie, łatwo zastraszyć.”
  • „Mój wujek powiada, że jego dziadek pamiętał, kiedy dzieci nie zabijały się nawzajem. Ale to było bardzo dawno temu i wszystko wyglądało inaczej. Mój wujek powiada, ze wtedy wierzono w odpowiedzialność. Wie pan, jestem odpowiedzialna.Przed laty dostawałam w skórę, kiedy było potrzeba. Wszystkie zakupy po sklepach i porządki w domu robię własnoręcznie.”
  • „Napełniaj oczy cudami - mówił - żyj tak, jakbyś miał paść trupem za dziesięć sekund. Oglądaj świat. Jest bardziej fantastyczny niż jakiekolwiek marzenie sporządzane czy opłacane w fabrykach. Nie pytaj o gwarancję, nie pytaj o bezpieczeństwo, gdyż nigdy nie było takiego zwierza. A gdyby istniał, byłby spokrewniony z tym wielkim leniwcem, który wisi na drzewie uczepiony łapami, głową w dół, codziennie przez cały dzień, przesypiając życie.”

sobota, 14 maja 2016

Widziałem Roja (już jakiś czas temu) i polecam

„Historia Roja” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2015. Wielu wiązało z nim wielkie nadzieje, ja również. I się nie zawiodłem.


Celowo nie czytałem wcześniej recenzji, aby nie nastawiać się w żaden sposób, ale wyrobić sobie własne zdanie. Dopiero po seansie przeczytałem te z „Do rzeczy” oraz Filmwebu. I, pewnie ze względu na poglądy i zainteresowania, bliżej mi do tej pierwszej. 
Film, moim zadniem, jest bardzo dobry. Kiedy go oglądałem nie mogłem się oprzeć emocjom, które we mnie wywoływał. Tego właśnie oczekiwałem. Wartkiej akcji, jednoznaczności kto jest tym dobrym, a kto złym. I nadziei, pomimo świadomości tragicznego końca. Chciałem, aby ten obraz był przypomnieniem ofiary żołnierzy wyklętych, hołdem dla nich. Nie zaś pełnym watpliwości, dobrych hitlerowców i wrażliwych sowietów filmem kina moralnego niepokoju. Chciałem „Szeregowca Ryana” w polskich, powojennych realiach. I to dostałem. Jest dużo akcji, strzelanin, krwi, ale są i dylematy - czy walczyć, czy się ujawnić - choć twórcy zdecydowanie opowiadają się po stronie Niezłomnych.
W moim przekonaniu film jest dobrze zagrany i zmontowany. „Drgająca kamera”, jak nazwał sposób nagrani jeden z niechętnych filmowi recenzentów, jest kręceniem z ręki, które miało swój debiut we wspomnianym już „Szeregowcu  Ryanie”. Tak wygląda akcja z perspektywy pierwszej osoby - wydaje się szybka, chaotyczna, ale tak patrzymy na to co się dzieje. Dla mnie - bomba! Gra aktorska jest na przyzwoitym poziomie. Niektórzy czepiają się młodego „Zalewa” (Krzysztof Zalewski-Brejdygant) w roli tytułowej - że sztuczny, że wygłasza kazania. A ja się pytam - jak gra Tom Hanks we wspomnianym (dla mnie wzorcowym wraz z „Kompanią Braci” filmem wojennym) „Szeregowcu”? Prowincjonalny nauczyciel trafiający do piekła wojny i… nadal jest nauczycielem - wrażliwym, humanitarnym, opanowanym - wygłaszającym kazania jak pastor ze szkółki niedzielnej. A Rój? Młody (gdy zginął miał 26 lat) ideowiec, walczący nie dla sławy, nie dla pieniędzy, nie dla orderów. Wie, ze niewielu, albo zgoła nikt, go nie doceni. Mimo to walczy o wolność i honor. Jak więc ma mówić? Jak sterany życiem i doświadczeniem były ubek zmieniający strony? Debiutujący na ekranie Zalewski-Brejdygant gra wiarygodnie. Nie robi ze swego bohatera świętego, ale też nie ucieka w wielkie komplikowanie postaci. Bo Mieczysław Dziemieszkiewicz nie miał w życiu czasu na komplikowanie. Dla niego życie musiało być czarno-białe, bo tylko w takim żył. Kiedy wybuchła wojna miał 14 lat, a później już tylko walczył. Więc to był harcerzyk i ministrant, bo tak go ukształtowała historia Polski.
Niewiarygodnie odwzorowano realia epoki - broń, mundury, pojazdy (w tym traktory), sprzęty - wszystko takie jak było na przełomie lat 40 i 50. Ogromna praca scenografów. 
Łyżką dziegciu w tej beczce miodu są sceny seksu - w moim przekonaniu niepotrzebne w swej dosłowności. Rozumiem, że dla dramaturgii i podkreślenia bliskości między Rojem a jego narzeczoną Martą Burkacką, która go zdradziła, trzeba było to zrobić. nie zmienia to faktu, że wedle mojej estetyki można to było ukazać delikatniej. Wulgaryzmy w filmie mnie nie rażą - to jest męski, twardy świat. 
Zapewne „Historię Roja” można było zrobić lepiej - przy Holywoodzkich środkach finansowych i  z takimiż aktorami. Ale w Polsce to jest fenomen - filem wraz z produkcją i dojściem do władzy PO pozbawiany środków finansowych, wspierany przez prywatnych darczyńców i środowiska patriotyczne. Powstał. I jest wyrzutem sumienia dla tych, którzy Niezłomnych-Wyklętych nadal mają za bandytów.
Chwała twórcom, Chwała Bohaterom!

wtorek, 29 marca 2016

Zniechęcanie jako forma polityki czyli o urzędnikach słów kilka

Urzędnicy swą pewnością własnej wszechwiedzy i wszechmocy stają się zagrożeniem dla wolności. Szkoda, ze tego nie dostrzegają nie tylko KODowcy ale także zwykli ludzi i rządy.

Skąd powyższe przemyślenia? Otóż przeczytałem jakiś czas temu następujący tekst. 
Pokrótce - Miasto Gdynia wyda 75 tys. na zniechęcanie ludzi do odwożenia dzieci do szkół. Jaki jest cel? Otóż mieszkańcy Gdyni mają swoje dzieci dowozić transportem publicznym, lub chociaż zaparkować w pewnej odległości od szkoły i doprowadzić dziecko do niej piechotką. Czy jestem na prawdę jednym z nielicznych, którzy widzą tu kuriozum? Wydawanie pieniędzy na zniechęcanie ludzi do korzystania ze swojego prawa? Dziwaczne, czyż nie?
Konkretnie dostrzegam tu trzy sfery problemów. Po pierwsze wiara urzędników we własną wszechmoc, po drugie wydawanie pieniędzy publicznych na akcje mające, de facto, utrudnić życie mieszkańcom, zamiast ułatwić i  po trzecie ograniczanie wolności pod płaszczykiem zdrowego życia.
Przyjrzyjmy się wspomnianym wyżej sferom. Urzędnicy po raz kolejny starają się wymusić na ludziach, którym powinni służyć, działania utrudniające życie, ale za to zgodne z jakąś tezą stworzoną w przepastnych czeluściach biurowców zapełnianych przez niewybieralne, a więc de facto niedemokratyczne, bandy unijnych biurokratów. Widać tu niezmierzoną chce w pływani na każdą dziedzinę życia obywateli, bez oglądania się na ich rzeczywiste potrzeby. Co więcej, program ten wydaje się być realizacją bolszewickiego planu stworzenia „nowego człowieka”, który będzie bezwolną maszyną w rękach urzędników - bezmyślnie wykonującą „dyrektywy” bo są „mądrze” uzasadnione. Ukazuje to także postrzeganie tzw. „szarego człowieka” przez klasę urzędniczą, którą kreuje się na współczesnych Übermenschów. Czyż nie jest to dyktatura i rasizm w, niekoniecznie, czystej postaci? Nie powinniśmy zapominać o konkretach tej decyzji, a mianowicie obnaża ona także niezmierzony hmm.., używając języka Biblii Tysiąclecia,  brak roztropności decydentów. [Dygresja: w oryginale panny są, po prostu głupie. Koniec dygresji.] Otóż jak dobrze wiemy nie ma już rejonizacji edukacji, a rodzice dość często dowożą dzieci do odległych od miejsca zamieszkania placówek. I co teraz? Ze względu na widzimisię urzędników mieszkańcy Gdyni mają porzucić auta i przerzucić się na transport miejski czy może chodzić na piechotę, aby zrealizować program i wydać kasę? Czym to by poskutkowało nietrudno się domyślić - spóźnienia do pracy, albo nakaz otwierania szkół od 6 rano aby rodzice mogli zdążyć przejechać z Karwin do Centrum, odprowadzić dziecko, i zdążyć na Chylonię do pracy. Pewnie, że to przesada, ale w wielu wypadkach tak jest. Nawet jeśli dzieci i rodzice mieszkają w pobliżu szkoły to miejsce pracy może być dość odległe.
Dodać do tego należy, ze decydenci na takie programy wydają publiczne (czyli nasze!) pieniądze. Choć wewnętrznie się z tym nie zgadzam, mogę zrozumieć fakt, ze w obecnej sytuacji społeczno-politycznej władza (samorządowa w tym wypadku) musi podejmować decyzję o wydatkowaniu funduszy pochodzących z podatków.  [Dygresja: Warto w tym miejscu przypomnieć, że także tzw. fundusze europejskie nie biorą się znikąd, a z naszych podatków. Koniec dygresji.] I faktem jest, że nie wszystkie wydatki są  interesujące dla każdego mieszkańca, obywatela etc. Ale powinny przynajmniej części z nich służyć. Jak służyć ma wydanie 75 tys. PLNów na zniechęcanie? Komu to, mówiąc kolokwialnie to „zrobi dobrze”? Nie widzę żadnej grupy docelowej. 
I wreszcie trzecia sprawa - ograniczanie wolności. Nie wiem nawet czy trzeba to tłumaczyć. Żyjemy w wolnym kraju, mamy wolność kupowania i poruszania się samochodami i nikt, absolutnie nikt nie powinien mieć prawa nawet pomyśleć o „zniechęcaniu” nas do korzystania z naszego prawa. A szczególnie urzędnicy, których MY utrzymujemy. Widzę tu pełzający totalitaryzm - wg. tzw. taktyki salami - czyli małymi plasterkami, aż ludzie w ogóle przestaną zauważać, że władza urzędników wpływa na każdy przejaw naszego życia. Brońmy się przed takim działaniem, zanim będzie za późno.

sobota, 26 marca 2016

Życzenia Wielkanocne















„A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony
przyciągnę wszystkich do siebie.”
J 12,32

Życzę, aby świadomość, że Chrystus umarł za nasze grzechy
i zmartwychwstał aby dać nam życie wieczne,
napełniała nas ciagłą radością i nadzieją.

czwartek, 24 grudnia 2015

Życzenia Świąteczne

„Przyszło do swojej własności a swoi Go nie przyjęli”
J 1, 11

Na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia życzymy aby Słowo, które się narodzi padło w Waszych rodzinach na żyzny grunt, zostało przyjęte i przemieniło Wasze życie.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Nie ma takiego miasta Londyn

Jeden z październikowych weekendów mogłem spędzić, wraz z rodziną, w Londynie. Na dodatek było to w czasie odbywającego się na Wyspach Rugby World Cup.  Wszystko to dzięki znajomemu bawiącemu się w tanie latanie - dzięki Krzysztof! 


Wylot o 9 z Gdańska oraz przylot powrotny ok. 22 dawały nam pełne trzy dni na zasmakowanie „Lądka”. I tak nie dalibyśmy rady zobaczyć wszystkiego, a nawet niewielkiej części tego co oferuje to wielkie miasto, dlatego, w kwestii zwiedzania, skupiliśmy się na trzech rzeczach - jedna na dzień. Były to Tower of London, Westminster oraz Muzeum Historii Naturalnej. Ponadto wędrowaliśmy sobie bez konkretnego celu po mieście i, jak wspomniałem, smakowaliśmy go.

Miejsca, na które poświęciliśmy więcej czasu robią ogromne wrażenie. W każdy spędziliśmy kilka godzin i wydaje się, że można więcej. I, niestety, jak daleko jest Polska w umiejętności promowania swojej historii. 
Tower - już przy zakupie biletów można nabyć książeczkę dla dzieci w prosty i ciekawy sposób prezentująca historię twierdzy. Ponadto można skorzystać z promocji dwa z jeden i pokazując bilet kolejowy kupić dwa bilety wstępu dla dorosłych w cenie jednego (to samo dotyczy Opactwa Westminsterskiego).Wewnątrz, niby nic wielkiego, ale… fajnie móc dotknąć próbek materaców i materiałów z łoża króla, albo w królewskiej kaplicy usłyszeć szept modlitwy, tudzież na blankach zgiełk bitewny. Klejnoty królewskie również nie pozostawiają obojętnym, a sposób ich prezentacji (gablota a wzdłuż niej po dwóch stronach ruchoma kładka) jest zdecydowanie nowatorski i… nie pozwala na tworzenie się kolejek. Warto jeszcze wspomnieć, że zamiast „leśnych dziadków” z zaciętymi twarzami i okrzykiem „Nie dotykać!” tam spotkamy zabawnie odzianych i super opowiadających beefeatersów.
Opactwo Westminsterskie to taki nasz Wawel - groby królów i królowych, kawał historii Anglii. Dodatkowo pięknie podany z szacunkiem dla turystów. Choćby taka drobnostka jak audioguide po polsku bez dodatkowej opłaty. Również zadziwia podkreślanie sakralnego charakteru budowli i wagi grobowca świętego króla Edwarda Wyznawcy. Kościół, w którym poza pochówkami władców (tak katolickich jak i anglikańskich), znajdują się groby, tablice i pomniki najważniejszych postaci kultury angielskiej. Niezwykła jest dbałość o najmłodszych turystów. Przy wejściu otrzymujemy druk z zadaniami do rozwiązania. Polecenia angażują młodych ludzi w poszukiwanie różnych elementów (zwierzęta, broń etc.), nazywanie rzeczy, dostrzeganie nieoczywistego, liczenie etc. Dzięki temu dzieci w Westminsterze się nie nudzą. A na koniec czeka na nich słodka nagroda. Czemu u nas tak nie można?
Wstępy do powyższych atrakcji turystycznych są, zwłaszcza w przeliczeniu na złotówki, wysokie. Za to do Muzeum Historii Naturalnej wchodzi się za darmo (podobnie jak do Muzeum Techniki oraz British Museum) i znów pozytywne zaskoczenie. Jeśli miałbym do czegoś porównać to takie Centrum Nauki Kopernik tylko kilkukrotnie większe i ZA DARMO. Oczywiście dotyczy jedynie natury, ale pod wszelką postacią - dział o owadach i innym robactwie, dział o ziemi, powstawaniu gór i wulkanów, łącznie z imitacją trzęsienia ziemi i, przykro mi to twierdzić, nie tak tandetną jak w Koperniku, dział o zwierzętach, dinozaurach etc. Wszędzie elementy interaktywne i edukacyjne, a na koniec wielka księgarnia. Żal ściska, że w Polsce tak nie można.
Poza powyższymi byliśmy jeszcze w wielu innych miejscach choć przelotnie. Największym zawodem był pałać Buckingham, który okazał się szarym, nieciekawym budynkiem, a nawet żołnierzy w niedźwiedzich czapach za bardzo widać nie było.
Mieliśmy także okazję uczestniczyć w meczu rugby w ramach RWC w fanzonie pod stadionem olimpijskim - super atmosfera, piwo, przekąski, pamiątki, zabawa, impreza, koncert - ekstra organizacja.
Jedzenie, zwłaszcza śniadanie, nie tak złe, jak piszą niektórzy, ale też nie tak dobre, jak mówią inni. Ogólnie da się zjeść. Fish and Chips - rewelacja. 
Ludzie uprzejmi i otwarci. W jednym ze sklepów z pamiątkami, do którego weszliśmy, sprzedawca oglądał mecz rugby. Szkodniki - obydwaj grają w rugby TAG - zainteresowali się, na co pan zaprosił ich za ladę i oglądali wspólnie. Następnie Starszy Szkodnik, z pomocą sprzedawcy, który okazał się Szkotem, skasował wybrane przez nas pamiątki, spakował do siatki i pobrał kwotę i wydał resztę. A to tylko jeden z przykładów sympatii z jakim się spotkaliśmy. 
Niezwykle też rzuca się w oczy duma Anglików z własnego kraju i przeszłości. Ogromne Union Jacki powiewające nad wszystkimi urzędami i ani jednej flagi Unii Europejskiej. Jakbym był poza unią. Masa pomników wszystkich ważnych postaci, łącznie z tymi, które można uznać za historycznie kontrowersyjne (choćby gen Douglas Haig). Uwielbienie dla monarchii, szacunek dla przeszłości - żołnierze strzegący ntajwżniejszych miejsc, konnica w „czerwonych kurtkach”, jak ich nazywali Indianie Ameryki północnej. Niesamowicie mi tego brakuje w Polsce skażonej polityką historyczną wstydu i uległości przez Gazetę Wyborczą. 
Wcale nie tak wiele imigrantów, jak się słyszy. Co więcej, niezwykle rzadko spotykaliśmy Polaków. nie jest to rzetelne badanie socjologiczne, ale obserwacja - w City, w piątkowe popołudnie pośród wracających z biur dominowali biali mężczyźni. Co więcej mężczyźni zdecydowanie lepiej ubrani od kobiet. No, i super sprawa - spotkania w pubach po pracy. W eleganckich garniturach siedzą sobie panowie na krawężniku przed pubem i popijają piwko. Z tego co słyszałem, często sponsorem takowego jest szef. W ogóle, mimo legendarnej sztywności i flegmy Brytyjczyków, są oni wyluzowani i otwarci. Biorąc pod uwagę liczbę turystów oraz imigrantów, jest to dość nieoczekiwane.
Do tego należy dodać ogólne nastawienie „na człowieka” - brak zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, możliwość przechodzenia na czerwonym świetle (oczywiście na własną odpowiedzialność) i usłużna policja czy inne służby, nie czyhające jedynie na możliwość ukazania swej władzy nad maluczkimi i wlepienia mandatu.
Za to transport bardzo drogi, a wyliczenie kosztów dość skomplikowane, ze względu na wielość przewoźników i strefy, na które podzielne są trasy - koszmar . Nie zorientowałem się do dziś jak obliczyć cenę przejazdu metrem. Uratowała nas karta Oyster, którą się doładowuje i… jeździ. Jak pieniądze się wyczerpią to po prostu nie przepuści przez bramki. Można oczywiście sprawdzić pozostałą kwotę w specjalnych terminalach. Karta Oyster obniża także koszt jednego przejazdu, który może być nawet o połowę tańszy niż w przypadku zwykłego biletu. Ponadto działa ona także w innych środkach lokomocji, jak np. w autobusach. Ale dzieci do lat 15 nie płaca w ogóle za przejazdy.
Ogólnie, trzeba przyznać, jest drogo. Zwłaszcza dla Polaków, kiedy się przelicza funty na złotówki. Nie wydaje się aby była aż tak wielka różnica w przypadki strefy euro. Np. śniadanie w hotelu kosztowało nas 8 funtów angielskie i 6 kontynentalne (dzieci nie płacą dodatkowo) czyli w sumie 14 funtów za naszą czwórkę, ale bez ograniczeń (czyli tzw. szwedzki stół). Niby niewiele, ale jak się przeliczy razy 6 to wychodzi ok. 85 zł, to troszkę dużo jak za śniadanie. I wszystko, niestety, tak kosztuje. Także w tej beczce miodu, jaką był Londyn, znalazła się łyżka dziegciu w postaci naszych, polskich zarobków, które nijak się mają do cen europejskich.
Z powyższego wpisu wyszła niezła laurka, ale jest to mój osobisty i subiektywny obraz Londynu. Pewnie każdy ma jakieś swoje doświadczenia niekoniecznie zbieżne. Nie zapominam też o wielu aspektach Brytyjskiej polityki zewnętrznej (np. antypolonizmy, zdrady) czy wewnętrznej (np. sexedukacja od najmłodszych lat), ale osobiscie mnie to nie dotknęło, więc ja tak widzę „Lądek, Lądek Zdrój”….

środa, 7 października 2015

Przełomowe momenty życia

Miałem już prawie gotową recenzję najnowszej książki Andrzeja Pilipiuka, ale będzie ona musiała poczekać, gdyż wydarzyło się coś o czym muszę napisać.


Każdy przeżywa w swym życiu chwile przełomowe. Egzaminy końcowe, obrona pracy dyplomowej, ślub etc. etc.To wszystko to kamienie milowe naszej pielgrzymki i walki. Są jednak pewne wydarzenia, które zmuszają nas do chwili - czasem dłuższej - zatrzymania, przemyślenia a nawet przewartościowania swojego życia. Takie sytuacje niekiedy odciskają na nas niezatarte piętno lub wieczną traumę. Zastanawiam się, co chce powiedzieć nam Bóg przez takie zdarzenia? I, muszę przyznać, nie zawsze znajduję odpowiedź. Bóg mówi do nas czasem bardzo skomplikowanym językiem. Często zdarza mi się żałować, że Pan Jezus nie chce mówić wprost do ucha tylko każe nam się domyślać, stawiając nas w konkretnej sytuacji.
Piszę o tym dlatego, że i mnie zdarzyło się coś co zmusiło mnie do przewartościowania swojego życia i spojrzenia na nie z zupełnie innej strony. Uwierz mi, czytelniku, że widok Twojego małego dziecka, idącego dwa metry od Ciebie,  „zabieranego” z pasów przez przejeżdżający samochód pozostaje przed oczami, chyba, na zawsze. I pomimo tego, że Święci Aniołowie czuwali i żadna krzywda się nie stała, to widzisz kruchość i ulotność życia bo wiesz, jakie to mogło przynieść konsekwencje. 
I znów sobie zadaję pytanie - co chcesz mi Boże powiedzieć? I kolejny raz nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Czy mam bardziej cenić życie? Czy mam więcej czasu spędzać z dziećmi? Czy mam przestać marudzić z byle powodu?  Czy mam zacząć żyć swoim i swojej rodziny życiem, a nie pracą i życiem uczniów i ich rodziców? A może chcesz mnie zmusić, żebym wreszcie poszedł o krok dalej i rzucił tę pracę która tak mnie absorbuje i, czasem, wyczerpuje, a zajął się czymś co może nie da mi pieniędzy ale da spokój i czas? A może mam bardziej cenić czas, który został mi dany i nie marnować go na głupoty? Nie wiem. Może wszystko po trochu.
Wiem za to, że ten wypadek już zmienił moje życie. Bo co jest warte wszystko dookoła przy przeżyciu najgorszego - krzywdy własnego małego dziecka. Nawet jeśli to tylko krzywda potencjalna. Jednak moment zatrzymanego serca na widok uderzanego przez samochód i lecącego parę metrów ciała dziecka pozostanie na zawsze i zawsze będę widział też możliwe konsekwencje, które tylko dzięki Opatrzności nie miały miejsca. I ten widok nakazuje mi stawiać na pierwszym miejscu rodzinę - przeciw wszystkim i wszystkiemu. To jest moje zadanie na tu i teraz.