poniedziałek, 21 listopada 2016

Cztery obrazki polskiej przedsiębiorczości

Wiele się mówi o polskich małych firmach, o tym, że to ich kondycja stanowi o sile naszej gospodarki i bogaceniu się społeczeństwa. Może mam wyjątkowego pecha ale tak się złożyło, że w minionym roku zostałem kilkukrotnie negatywnie zaskoczony właśnie przez przedstawicieli tej małej i średniej przedsiębiorczości. Co ciekawe dotyczyło to przede wszystkim motoryzacji…


Obrazek 1. Diler samochodów X.
Kupno nowego samochodu to, wbrew pozorom, duży problem w Polsce. Zwłaszcza jeśli się ma jakieś oczekiwania. Wraz z żoną chcieliśmy kupić auto które miałoby nastepujące wyposażenie: klimatyzacja, tempomat, automatyczna skrzynia biegów. Reszta była nam dość obojętna, ale te trzy rzeczy, chcieliśmy mieć. 

Okazuje się, że w Polsce do wszystkich modeli i silników automatyczną skrzynię biegów daje jedynie Subaru. Wszystkie inne marki mają ogrniczenie do konkretnego silnika (najczęściej najdroższego) i wersji wyposażenia (najczęściej najwyższej czytaj: najdroższej). Skutek - chcąc mieć automat musisz kupić najdroższy model danego samochodu ze wszystkimi możliwymi bajerami. W innych krajach automatyczna skrzynia jest zazwyczaj jedną z opcji, tak jak podgrzewane lusterka czy klimatyzacja. U nas super luksus.
Odnośnie całej branży sprzedaży samochodów ciekawym jest tez fakt, ze w żadnym salonie nikt nie zaproponował nam aut używanych, które wszystkie te salony na sprzedaż mają. Też im nie zależy?
Obrazek 2. Diler samochodów Y.
Wreszcie, po obejrzeniu wielu różnych aut, wybraliśmy jedno. Pojechaliśmy do dilera  Y już po raz drugi. Rozmowa z tym samym sprzedawcą co przy pierwszym kontakcie. I zaczynają się schody. 

Mimo, że jest promocja - odbierzemy twój stary samochód i obniżymy cenę nowego - nasz dotychczasowy nie nadawał się bo jest trudno sprzedawalny. (NB. Sprzedałem go sam w ciągu 2 tygodni od wystawienia ogłoszenia, przy czym było kilku zainteresowanych kupnem). Pierwszy zgrzyt. Ale OK. drążymy dalej. Chcielibyśmy się najpierw przejechać wersją jaką chcemy kupić. Nie da rady. Co najwyżej bez automatu ale… też nie mają bo właśnie sprzedali egzemplarz testowy i następny będą mieli za 2 miesiące. I tyle, żadnej propozycji nic. Po kilkukrotnym zwróceniu uwagi, że nie kupimy „kota w worku” pan sprzedawca łaskawie podał nam adres innego dilera tej samej marki, który może mieć, ale nie jest to pewne. Ostatecznie umówiliśmy się, że jak dostaną już ten egzemplarz to pan sprzedawca do nas zadzwoni. 

Minął juz prawie rok i telefonu nie było… Warto tu podkreślić jeszcze raz - byliśmy zdecydowani i chcieliśmy ten samochód kupić. Nie byliśmy „oglądaczami”. Mimo to firma nie zrobiła nic żeby nam to auto sprzedać.
Obrazek 3. Diler samochodów Z.
Wreszcie na stronie internetowej jednego z salonów samochodowych znalazłem zakładkę samochody używane. Okazało się, ze większość salonów ma takie na zbyciu. Poleasingowe lub odzyskane w ramach wymiany „stary za nowy”. 
Przyjechaliśmy, obejrzeliśmy, wybraliśmy. Ponieważ Diler Z oferuje usługę, której nazwy nie pomnę, ale która polega na tym, że używany samochód jest doprowadzany do stanu jak najbardziej „nowego” - czyli wymienia się wszystkie zużyte części, myje, uzupełnia braki, naprawia uszkodzenia etc. musieliśmy poczekać parę dni na odbiór auta.
Odbiór nowszego samochodu zawsze jest przeżyciem i niestety udzieliła się także nam pewna niefrasobliwość. Mimo tego, że samochód nie miał nawet napompowanych odpowiednio opon nie sprawdziłem innych miejsc. I okazało się, że: w aucie wymieniono jedynie przednie tarcze i klocki (które miały ponad 90% zużycia) oraz olej i filtr oleju. Krótko później okazało się, że do wymiany są tylne klocki i tarcze, filtr powietrza, filtr kabinowy, osłony silnika oraz podwozia połamane lub brakujące. Mógłbym tak jeszcze trochę wymieniać. 
Inna sprawa: przy okazji pobytu w salonie zapytałem o koszt wymiany tylnych tarcz i klocków. 970 zł. Zakup w sklepie TYCH samych części, które są montowane seryjnie (a szczerze mówiąc, w tej sytuacji, nie ma pewności, że byłoby tak w salonie) to ok 450 zł. Montaż ok 100. Czyli prawie połowa mniej, przy pewności jakości. Czy tak wielki zarobek salonu jest faktycznie konieczny?
Obrazek 4. Wulkanizacja/myjnia.
Częsty to dzisiaj obrazek, że wraz z wulkanizacją jest myjnia. Albo odwrotnie. Od dłuższego czasu, mimo perturbacji, korzystałem z jednego z takich kombinatów. Regularnie myłem auto, zmieniałem opony, kupowałem opony, kupowałem felgi. Generalnie - stały klient. Do tego roku. 
Umówiłem się na wymianę opon. W oznaczonym dniu cała Gdynia była zakorkowana przez roboty drogowe. Był to dzień szczytowy w tym temacie - tak nie było nigdy wcześniej i nigdy później. Nie byłem w stanie przyjechać na czas. Zadzwoniłem do właściciela, ze robię co mogę i że się spóźnię. I choć specjalnie wyszedłem z pracy trochę wcześniej niż zwykle - spóźniłem się 12 minut. Kolejny klient był umówiony pół godziny po mnie. 

Mimo telefonu, pan w warsztacie był nieprzygotowany i stwierdził jedynie, ze się spóźniłem, a on ma co pół godziny klienta. Pożegnaliśmy się w niemiłej atmosferze. Pan stracił kilkadziesiąt złotych za wymianę. Stracił stałego klienta, więc wiele więcej (np. na wiosnę chciałem kupić nowe felgi) pieniędzy. Brak szacunku dla kasy i klienta. A trzeba sobie zadać pytanie - jaka pewność, że kolejny klient, przy tych warunkach drogowych dojedzie na czas? Ilu pan wulkanizator klientów pogonił za spóźnienie? Ciekawe to zwłaszcza w kontekście tego, że, przejeżdżając często obok warsztatu, widzę, ze tłumów tam nie ma - poza okresem litstoada i marca/kwietnia podczas wymian opon. Wydawałoby się, że warto szanować klienta. 

Potrzebne jeszcze wyjaśnienie - gdybym się spóźnił pół godziny, czyli przyjechałbym w czasie kolejnego klienta, poprosiłbym o umówienie się na inny termin. Nie uważam, że powinienem był być obsłużony w każdej sytuacji. Jednak, jak chyba każdy, wiem, ze wszelkie godziny umówień na usługę są orientacyjne. I u tego samego mechanika czekałem nie raz, choć przyjechałem o „moim” czasie. Zwłaszcza, że zawsze może wypaść coś niespodziewanego - trudne do wyważenia koło, zapieczona śruba etc. co przedłuży usługę. Nie widzę więc problemu, żeby kolejny klient poczekał parę minut, bo sam nieraz czekałem. Choć znając szybkość wymiany kół nie jestem pewien czy by musiał czekać.

Tak właśnie wyglądają moje obserwacje branży motoryzacyjnej. Czy w innych jest inaczej? Nie wiem i nie jestem pewien, patrząc na kilka zdarzeń, których sam byłem świadkiem lub uczestnikiem, choćby w handlu. Warto w związku z tym się zastanowić, czy to tylko wysokie podatki i zła wola urzędników przyczyniają się do upadku wielu małych firm w Polsce.

poniedziałek, 26 września 2016

Polecam poczytać Josepha Rotha (nie mylić z Philipem)

Wydawnictwo Austeria wznawia Dzieła Zebrane Josepha Rotha - pisarza niezwykłego bo...


No właśnie.  Zwykliśmy wszystkich szufladkować, w pierwszej kolejności po narodowości. I tu bohater niniejszego wpisu zaskakuje. Był Żydem urodzonym w Galicji (w Brodach koło Lwowa), pisał po niemiecku. Po 1918 roku, krótki czas, był obywatelem odrodzonej RP. Język polski znał, choć podczas spotkań z polskimi czytelnikami, wolał używać niemieckiego aby nie kaleczyć języka gospodarzy.  W moim przekonaniu należy Rotha nazwać pisarzem Austro-Węgierskim, albo - krócej - CK Pisarzem. 
Nie tylko dlatego, że był poddanym Franciszka Józefa, a po I Wojnie Światowej, w której walczył jako ochotnik, obywatelem Austrii i najlepiej opłacanym dziennikarzem berlińskim, ale, przede wszystkim, że monarchię Habsburgów cenił i za nią tęsknił. Opisywał jej ostatnie lata. Jak już kiedyś pisałem - był autorem czasu przełomu.
Prywatnie zaangażował się w przywrócenie monarchii  w Austrii. Spotykał się z kanclerzem Dolfussem, aby przekonać go do tej idei. Z jego tekstów przebija duży szacunek dla katolicyzmu, który uważał za zwornik monarchii Habsburgów. 
Po trosze realistycznie, po trosze magicznie opisywał również życie Żydów w galicyjskich miasteczkach i w świecie (Hiob), a także historie wiernych Habsburgom, acz fikcyjnych, rodów Austriackich (Krypta kapucynów, Marsz Radetzkiego). Opisywał Roth swój świat, który kochał, za którym tęsknił, i który odebrała mu I Wojna Światowa. 
Swoje powieści dzielił na krótkie rozdziały, aby łatwiej je publikować w odcinkach. Stosował zupełnie nowoczesne środki stylistyczne - np. powtórzenia, w celu wzmocnienia przekazu. Przeskoki miedzy bohaterami, cały czas pozostając w pierwszej osobie, lub do wszechwiedzącego narratora wypowiadającego się w trzeciej osobie. 
W każdej powieści Josepha Rotha bohaterowie dążą do uporządkowania, poszukiwania Boga i wartości. Niestety, zwykle, bez powodzenia. Pożądania przeważają i dlatego nie są to teksty optymistyczne. (No, może poza Hiobem, który kończy się swoistym Happy Endem). Książki CK Pisarza są wyrazem poczucia pustki po świecie, który odszedł, ale także zmaganie się z osobistymi problemami. Alkoholizm spowodowany chorobą psychiczną żony, która - już po śmierci pisarza - zostanie zamordowana przez Niemców w czasie wojny.
Roth nie pozostawia obojętnym. Wymaga myślenia, gra na emocjach. Fabuły, mimo, że niespieszne, wciągają. Nie pozwala na chwilę wytchnienia i prosty podział na dobrych i złych bohaterów. Głębia i bogactwo psychiki postaci, ich wybory i niezdecydowanie każą nam czytać i  czytać.
Polecam poczytać Rotha, gdyż jego teksty okazują się niezwykle uniwersalne. Choć świat CK Monarchii dawno odszedł do podręczników historii, to obraz jaki się wyłania z powieści galicyjskiego pisarza, dziwnie przypomina nasz świat. Upadek imperiów, zmiany, postęp, poszukiwanie wartości i punktów odniesienia.
Czytajmy Josepha Rotha.


środa, 6 lipca 2016

Polecanko na wakacje. Trzecia antyutopia

Od jakiegoś już czasu nosze się z planem przypomnienia ważnej, według mnie, książki. Niesłusznie zapomnianej a niezwykle aktualnej. Chodzi o Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego.


Ray Bradbury jest jednym z czołowych twórców sf w Stanach Zjednoczonych. Napisał m.in. Kroniki Marsjańskie. Jednak do najpopularniejszych należy książka, na którą chce zwróć Wasza uwagę. 
Właściwie należałoby stwierdzić, że należała do najpopularniejszych. Bo obecnie trudno ją znaleźć na półkach sklepowych. A film z roku 1966, który również przyczynił się do popularności książki, zniknął z ekranów.
Fahrenheit 451 to antyutopia. Czyli opowieść o świecie przyszłości, w którym rzekome polepszenie warunków życia ludzi idzie w parze ze zniewoleniem. Najsłynniejszą jest Rok 1984 Orwella, kolejną, równe świetną, Nowy wspaniały świat  Aldousa Huxleya trzecią jest właśnie Fahrenheit. Oczywiście to nie jedyne tego typu opowieści. Jest jeszcze Mechaniczna pomarańcza Burgessa czy, właściwie wszystkie, dzieła Zajdla. 
Książka Bradbary’ego opowiada o świecie przyszłości, w którym wszystkie budynki są niepalne, a straż pożarna zajmuje się paleniem książek. 451O Fahrenheita to temperatura spalania papieru. Książki uznawane są za największe zło. Ludzie zaś, jako rozrywkę, masowo oglądają telewizję interaktywną. A wszystko to napisane w roku 1953! Dlaczego książki są tak niebezpiecznie? Gdyż pokazują fikcyjny świat (czyli pokazują, że może być inaczej) i uczą krytycznego myślenia. Głównym bohaterem jest jeden ze strażaków, Guy Montag, który spotyka swoją sąsiadkę i zaczyna mieć wątpliwości. Kluczowym momentem jest pytanie Klarysy - „Czy jest Pan szczęśliwy?”. Montag zaczyna sobie zadawać pytania, a nawet ukrywa książkę i ją czyta. W tle pojawia się groźba wojny nuklearnej, z której jednak bohaterowie nie do końca zdają sobie sprawę - mają wysokie poczucie bezpieczeństwa, jak się ostatecznie okazuje,  złudne.
Książka jest lekko napisane i niezbyt długa, w sam raz na chwilę wytchnienia w wakacje. Jest jednak niezwykle aktualna pomimo upływu 63 lat od jej wydania. Poniżej, na zrobienie smaka, kilka cytatów, które nic nie straciły ze swojej świeżości. Czyż nie doświadczamy właśnie tego co opisują bohaterowie Fahrenhei 451? 
  • „W ostatnich wyborach głosowałam , jak każdy, i złożyłam głos na prezydenta Noble’a. Sądzę, że nigdy jeszcze nie mieliśmy tak przystojnego prezydenta. - Och, ale ten drugi, co był przeciw niemu! - Ten nie był najładniejszy, co? Dość mały i przysadzisty, zawsze źle ogolony i potargany. - Co opozycjonistom przyszło do głowy, żeby go wystawić. Nie można wystawiać kandydatury niskiego mężczyzny przeciwko wysokiemu mężczyźnie. Poza tym bełkotał. Jak mówił to nie mogłam rozróżnić połowy słów. A tych, które rozróżniałam, to nie rozumiałam.”
  • „Czas nauki skrócono, programy zredukowano, zarzucono filozofię, historię i jezyki, angielski i ortografię stopniowo lekceważono coraz bardziej, aż wreszcie kompletnie zignorowano. Wzrasta tempo życia, liczy się posada, po pracy rozrywka. Po co uczyć się czegokolwiek poza naciskaniem guzików i przekręcaniem kontaktów, dociskaniem śrubek i nakrętek?”
  • „Nie, nie mówią. Wyliczają mnóstwo samochodów czy sukien, czy basenów pływackich i powiadają, jakie to eleganckie! Ale wszyscy powtarzają to samo i każdy mówi identycznie to co inni. A przez większość czasu w kawiarniach puszczają automaty z dowcipami, przeważnie te same dowcipy, albo włączają ścianę muzyczną i wszystkie te barwne wzory poruszające się w górę i w dół, ale nic poza kolorem i wszystko abstrakcyjne. A w muzeach… był pan tam w ogóle? wszystko abstrakcyjne. Przynajmniej teraz tak jest. Mój wujek mówi, że kiedyś było inaczej. Dawno temu obrazy mówiły coś, a nawet przedstawiały ludzi.”
  • „Bardzo nieliczni chcą być teraz buntownikami. A z tych nielicznych większość, podobnie ja mnie, łatwo zastraszyć.”
  • „Mój wujek powiada, że jego dziadek pamiętał, kiedy dzieci nie zabijały się nawzajem. Ale to było bardzo dawno temu i wszystko wyglądało inaczej. Mój wujek powiada, ze wtedy wierzono w odpowiedzialność. Wie pan, jestem odpowiedzialna.Przed laty dostawałam w skórę, kiedy było potrzeba. Wszystkie zakupy po sklepach i porządki w domu robię własnoręcznie.”
  • „Napełniaj oczy cudami - mówił - żyj tak, jakbyś miał paść trupem za dziesięć sekund. Oglądaj świat. Jest bardziej fantastyczny niż jakiekolwiek marzenie sporządzane czy opłacane w fabrykach. Nie pytaj o gwarancję, nie pytaj o bezpieczeństwo, gdyż nigdy nie było takiego zwierza. A gdyby istniał, byłby spokrewniony z tym wielkim leniwcem, który wisi na drzewie uczepiony łapami, głową w dół, codziennie przez cały dzień, przesypiając życie.”

sobota, 14 maja 2016

Widziałem Roja (już jakiś czas temu) i polecam

„Historia Roja” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2015. Wielu wiązało z nim wielkie nadzieje, ja również. I się nie zawiodłem.


Celowo nie czytałem wcześniej recenzji, aby nie nastawiać się w żaden sposób, ale wyrobić sobie własne zdanie. Dopiero po seansie przeczytałem te z „Do rzeczy” oraz Filmwebu. I, pewnie ze względu na poglądy i zainteresowania, bliżej mi do tej pierwszej. 
Film, moim zadniem, jest bardzo dobry. Kiedy go oglądałem nie mogłem się oprzeć emocjom, które we mnie wywoływał. Tego właśnie oczekiwałem. Wartkiej akcji, jednoznaczności kto jest tym dobrym, a kto złym. I nadziei, pomimo świadomości tragicznego końca. Chciałem, aby ten obraz był przypomnieniem ofiary żołnierzy wyklętych, hołdem dla nich. Nie zaś pełnym watpliwości, dobrych hitlerowców i wrażliwych sowietów filmem kina moralnego niepokoju. Chciałem „Szeregowca Ryana” w polskich, powojennych realiach. I to dostałem. Jest dużo akcji, strzelanin, krwi, ale są i dylematy - czy walczyć, czy się ujawnić - choć twórcy zdecydowanie opowiadają się po stronie Niezłomnych.
W moim przekonaniu film jest dobrze zagrany i zmontowany. „Drgająca kamera”, jak nazwał sposób nagrani jeden z niechętnych filmowi recenzentów, jest kręceniem z ręki, które miało swój debiut we wspomnianym już „Szeregowcu  Ryanie”. Tak wygląda akcja z perspektywy pierwszej osoby - wydaje się szybka, chaotyczna, ale tak patrzymy na to co się dzieje. Dla mnie - bomba! Gra aktorska jest na przyzwoitym poziomie. Niektórzy czepiają się młodego „Zalewa” (Krzysztof Zalewski-Brejdygant) w roli tytułowej - że sztuczny, że wygłasza kazania. A ja się pytam - jak gra Tom Hanks we wspomnianym (dla mnie wzorcowym wraz z „Kompanią Braci” filmem wojennym) „Szeregowcu”? Prowincjonalny nauczyciel trafiający do piekła wojny i… nadal jest nauczycielem - wrażliwym, humanitarnym, opanowanym - wygłaszającym kazania jak pastor ze szkółki niedzielnej. A Rój? Młody (gdy zginął miał 26 lat) ideowiec, walczący nie dla sławy, nie dla pieniędzy, nie dla orderów. Wie, ze niewielu, albo zgoła nikt, go nie doceni. Mimo to walczy o wolność i honor. Jak więc ma mówić? Jak sterany życiem i doświadczeniem były ubek zmieniający strony? Debiutujący na ekranie Zalewski-Brejdygant gra wiarygodnie. Nie robi ze swego bohatera świętego, ale też nie ucieka w wielkie komplikowanie postaci. Bo Mieczysław Dziemieszkiewicz nie miał w życiu czasu na komplikowanie. Dla niego życie musiało być czarno-białe, bo tylko w takim żył. Kiedy wybuchła wojna miał 14 lat, a później już tylko walczył. Więc to był harcerzyk i ministrant, bo tak go ukształtowała historia Polski.
Niewiarygodnie odwzorowano realia epoki - broń, mundury, pojazdy (w tym traktory), sprzęty - wszystko takie jak było na przełomie lat 40 i 50. Ogromna praca scenografów. 
Łyżką dziegciu w tej beczce miodu są sceny seksu - w moim przekonaniu niepotrzebne w swej dosłowności. Rozumiem, że dla dramaturgii i podkreślenia bliskości między Rojem a jego narzeczoną Martą Burkacką, która go zdradziła, trzeba było to zrobić. nie zmienia to faktu, że wedle mojej estetyki można to było ukazać delikatniej. Wulgaryzmy w filmie mnie nie rażą - to jest męski, twardy świat. 
Zapewne „Historię Roja” można było zrobić lepiej - przy Holywoodzkich środkach finansowych i  z takimiż aktorami. Ale w Polsce to jest fenomen - filem wraz z produkcją i dojściem do władzy PO pozbawiany środków finansowych, wspierany przez prywatnych darczyńców i środowiska patriotyczne. Powstał. I jest wyrzutem sumienia dla tych, którzy Niezłomnych-Wyklętych nadal mają za bandytów.
Chwała twórcom, Chwała Bohaterom!

wtorek, 29 marca 2016

Zniechęcanie jako forma polityki czyli o urzędnikach słów kilka

Urzędnicy swą pewnością własnej wszechwiedzy i wszechmocy stają się zagrożeniem dla wolności. Szkoda, ze tego nie dostrzegają nie tylko KODowcy ale także zwykli ludzi i rządy.

Skąd powyższe przemyślenia? Otóż przeczytałem jakiś czas temu następujący tekst. 
Pokrótce - Miasto Gdynia wyda 75 tys. na zniechęcanie ludzi do odwożenia dzieci do szkół. Jaki jest cel? Otóż mieszkańcy Gdyni mają swoje dzieci dowozić transportem publicznym, lub chociaż zaparkować w pewnej odległości od szkoły i doprowadzić dziecko do niej piechotką. Czy jestem na prawdę jednym z nielicznych, którzy widzą tu kuriozum? Wydawanie pieniędzy na zniechęcanie ludzi do korzystania ze swojego prawa? Dziwaczne, czyż nie?
Konkretnie dostrzegam tu trzy sfery problemów. Po pierwsze wiara urzędników we własną wszechmoc, po drugie wydawanie pieniędzy publicznych na akcje mające, de facto, utrudnić życie mieszkańcom, zamiast ułatwić i  po trzecie ograniczanie wolności pod płaszczykiem zdrowego życia.
Przyjrzyjmy się wspomnianym wyżej sferom. Urzędnicy po raz kolejny starają się wymusić na ludziach, którym powinni służyć, działania utrudniające życie, ale za to zgodne z jakąś tezą stworzoną w przepastnych czeluściach biurowców zapełnianych przez niewybieralne, a więc de facto niedemokratyczne, bandy unijnych biurokratów. Widać tu niezmierzoną chce w pływani na każdą dziedzinę życia obywateli, bez oglądania się na ich rzeczywiste potrzeby. Co więcej, program ten wydaje się być realizacją bolszewickiego planu stworzenia „nowego człowieka”, który będzie bezwolną maszyną w rękach urzędników - bezmyślnie wykonującą „dyrektywy” bo są „mądrze” uzasadnione. Ukazuje to także postrzeganie tzw. „szarego człowieka” przez klasę urzędniczą, którą kreuje się na współczesnych Übermenschów. Czyż nie jest to dyktatura i rasizm w, niekoniecznie, czystej postaci? Nie powinniśmy zapominać o konkretach tej decyzji, a mianowicie obnaża ona także niezmierzony hmm.., używając języka Biblii Tysiąclecia,  brak roztropności decydentów. [Dygresja: w oryginale panny są, po prostu głupie. Koniec dygresji.] Otóż jak dobrze wiemy nie ma już rejonizacji edukacji, a rodzice dość często dowożą dzieci do odległych od miejsca zamieszkania placówek. I co teraz? Ze względu na widzimisię urzędników mieszkańcy Gdyni mają porzucić auta i przerzucić się na transport miejski czy może chodzić na piechotę, aby zrealizować program i wydać kasę? Czym to by poskutkowało nietrudno się domyślić - spóźnienia do pracy, albo nakaz otwierania szkół od 6 rano aby rodzice mogli zdążyć przejechać z Karwin do Centrum, odprowadzić dziecko, i zdążyć na Chylonię do pracy. Pewnie, że to przesada, ale w wielu wypadkach tak jest. Nawet jeśli dzieci i rodzice mieszkają w pobliżu szkoły to miejsce pracy może być dość odległe.
Dodać do tego należy, ze decydenci na takie programy wydają publiczne (czyli nasze!) pieniądze. Choć wewnętrznie się z tym nie zgadzam, mogę zrozumieć fakt, ze w obecnej sytuacji społeczno-politycznej władza (samorządowa w tym wypadku) musi podejmować decyzję o wydatkowaniu funduszy pochodzących z podatków.  [Dygresja: Warto w tym miejscu przypomnieć, że także tzw. fundusze europejskie nie biorą się znikąd, a z naszych podatków. Koniec dygresji.] I faktem jest, że nie wszystkie wydatki są  interesujące dla każdego mieszkańca, obywatela etc. Ale powinny przynajmniej części z nich służyć. Jak służyć ma wydanie 75 tys. PLNów na zniechęcanie? Komu to, mówiąc kolokwialnie to „zrobi dobrze”? Nie widzę żadnej grupy docelowej. 
I wreszcie trzecia sprawa - ograniczanie wolności. Nie wiem nawet czy trzeba to tłumaczyć. Żyjemy w wolnym kraju, mamy wolność kupowania i poruszania się samochodami i nikt, absolutnie nikt nie powinien mieć prawa nawet pomyśleć o „zniechęcaniu” nas do korzystania z naszego prawa. A szczególnie urzędnicy, których MY utrzymujemy. Widzę tu pełzający totalitaryzm - wg. tzw. taktyki salami - czyli małymi plasterkami, aż ludzie w ogóle przestaną zauważać, że władza urzędników wpływa na każdy przejaw naszego życia. Brońmy się przed takim działaniem, zanim będzie za późno.

sobota, 26 marca 2016

Życzenia Wielkanocne















„A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony
przyciągnę wszystkich do siebie.”
J 12,32

Życzę, aby świadomość, że Chrystus umarł za nasze grzechy
i zmartwychwstał aby dać nam życie wieczne,
napełniała nas ciagłą radością i nadzieją.

czwartek, 24 grudnia 2015

Życzenia Świąteczne

„Przyszło do swojej własności a swoi Go nie przyjęli”
J 1, 11

Na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia życzymy aby Słowo, które się narodzi padło w Waszych rodzinach na żyzny grunt, zostało przyjęte i przemieniło Wasze życie.