sobota, 14 lipca 2018

Indywidualizm

Świat się zmienia. To truizm - od zawsze się zmieniał. Pewne rzeczy jednak pozostawały niezmienne. Teraz nawet niezmienne się zmienia. Bełkot? Być może. Ale przez zmienność niezmiennego coraz częściej mogę powtórzyć za ś.p. Piotrem Skórzyńskim - nie godzę się na nikczemnienie świata.


Wspomniany publicysta i prozaik określał się mianem libertarianina, ale jego działalność i życie oraz śmierć mówią o nim więcej - dla dobra wspólnego wyszedł poza libertariański indywidualizm. I to ten jest tematem tego tekstu, a nie postać Piotra Skórzyńskiego.
Jako konserwatysta chciałbym, marzę wręcz o świecie, w którym niewiele się zmienia w zakresie idei - bo oczywistością jest, że nauka i technika muszą iść naprzód. Osobiście nie lubię zmian w ogóle, a jeśli muszą następować to niech dzieją się powoli. Czy na prawdę jest nam potrzebny co roku nowy iphone, co dwa lata nowy aparat foto, co trzy nowy golf? Ale świat mknie do przodu coraz szybciej przyzwyczajając nas do ciągłych zmian. I w tym biegu zapadamy się coraz bardziej w otchłań. 
Czym jest ta otchłań? Zaraz do tego dojdę, ale nie uprzedzajmy faktów, jak zwykł mawiać Pan Bogusław Wołoszański. 
Wspomniane niezmienne to istniejące - od czasu kiedy człowiek, przysłowiowo, zszedł z drzewa - zorganizowanie i poświęcenie dla innych. W historii ludzkości najpierw człowiek pracował dla rodziny, dla przedłużenia gatunku, dla tzw. gromady. Następnie zaczął tworzyć organizacje rodowe, później klanowe czy plemienne. W okresie osadnictwa - grodowe, miejskie. Tutaj warto wspomnieć mezopotamskie państwa-miasta. Czy, późniejsze chronologicznie, ale jednak „wcześniejsze” w poziomie rozwoju cywilizacji, słowiańskie opole czy germańską markę. W starożytnej Grecji mamy słynne poleis. Czyli wspólną odpowiedzialność obywateli za państwo.
I tu pozwolę sobie na dygresję. Poleis staje się zmorą uczniów i niektórych nauczycieli historii, którzy z uporem maniaka, błędnie definiują tę strukturę jako greckie państwo-miasto. Poleis bowiem nie jest strukturą terytorialną ale, słowo współczesne pochodzące od tegoż starogreckiego, polityczną. Inaczej mówiąc - ustrojową. Jest to bowiem wspólnota obywateli, którzy mają pełnię praw (znów nawiązujemy do omawianego pojęcia) politycznych i decydują o swoim życiu indywidualnym oraz zbiorowym. Często obywatele zamieszkiwali jedno miasto, ale nie zawsze! Ateny czy Sparta, ale nie tylko, obejmowały swoim zasięgiem politycznym dużo większe tereny. Koniec dygresji.
W starożytnym Rzymie - mamy republikę. Jeden z najdoskonalszych ustrojów i, jednocześnie, najmniej zrozumianych. W każdym razie mamy odpowiedzialność wspólną wszystkich obywateli, przejawiającą się choćby w uczestnictwie w armii oraz oligarchów, którym, można rzec ewangelicznie, więcej dano, ale i więcej się od nich oczekuje. 
I tu kolejna dygresja. Wielu uczniów nie jest w stanie odróżnić republiki od demokracji. Wynika to niestety z pobieżności omawiania, zwłaszcza republik, ale też niezrozumienia tego ustroju przez nauczycieli, którzy najczęściej definiują ją jako demokrację przedstawicielską (czyli: w republice władza sprawowana jest przez przedstawicieli). A to niestety bzdura. Bo republika jest ustrojem mieszanym. Stąd pojawia się ona w filozofii politycznej jako ulepszone poleis lub ustrój bardziej sprawiedliwy niż demokracja. Jeśli ktoś chce więcej na ten temat to polecam tekst prof. Legutko http://www.omp.org.pl/artykul.php?artykul=224
Później, a także, w innych rejonach świata, wcześniej czy równolegle, rozwijają się instytucje państw jako organizacji politycznej społeczeństwa. W okresie średniowiecza, kiedy dominuje ustrój monarchiczny i feudalny to ludzie organizują się w cechy (organizacje rzemieślników) czy gildie (organizacje kupieckie). Najsłynniejszą organizacją ponadpaństwową końca średniowiecza, która przetrwała do XVIII w była Hanza - sojusz miast portowych głównie morza Bałtyckiego.
W okresie Baroku pojawia się jednak pierwsza jaskółka indywidualizmu - teoria władzy Tomasza Hobbesa. Twierdził on, w wielkim skrócie, że homo homini lupus est, dlatego człowiek oddaje część swej wolności Państwu, aby chroniło go przed zagryzieniem przez inne wilki. 
Ale to jeszcze nie była praktyka ludzkości. Jeszcze pod koniec XVIII wieku, wraz z rewolucją we Francji pojawia się nowożytne pojęcie narodu jako wspólnoty połączonej silnymi więzami dziedzictwa, historii, tradycji. 
Nie miejsce tu i czas na pogłębiony esej z dziedziny filozofii politycznej. Jeśli ktoś jest tym zainteresowany to odsyłam do fundamentalnej pracy Leo Straussa Historia filozofii politycznej. Jaj jedynie, jako obserwator współczesności, zauważam głębokie odejście od jakiejkolwiek wspólnoty. Dziś człowiek jest połączony jedynie więzami zależności, ale uwielbia podkreślać swoją wolność i indywidualizm. Jest niewolnikiem pracy, telefonu komórkowego, samochodu, unijnych dyrektyw, a przy tym wszystkim organizuje się tylko po to aby podkreślać prawo do mojego. Przykład? Czarne marsze. Co z tego, ze zbierają się grupy, jeśli ich walka opiera się na haśle - od…czepcie się od mojego brzucha. W ogóle nie dostrzegają, że tzw. aborcja nie dotyczy tylko ich brzucha. Bo to sprawa tej małej istoty, którą chcą zamordować. Bo to sprawa mężczyzny bez którego nie doszłoby do poczęcia (no właśnie - w tym cały zgiełku niezwykle brakuje mi głosu mężczyzn - synów, ojców i dziadków). Bo to sprawa społeczna - choćby przez wzgląd tak utylitarny jak emerytury. Bo to wreszcie sprawa natury - każdy gatunek dąży do tego aby przedłużyć swoje istnienie. Przypomina mi się ośmiornica z serialu BBC Life, która po pierwszej kopulacji złożyła jaja i opiekowała się nimi sama nic nie jedząc, a w momencie wyklucia, oddając ostatnie tchnienie, pomaga swoim dzieciom w drodze na świat.
Rozejrzyjcie się wokół siebie. Ile osób zwraca uwagę na innych? Ilu poczuwa się, nie do heroizmu, ale do zwykłej uprzejmości? Ja widzę takich osób coraz mniej. Liczy się ja posunięte do skrajnego egoizmu. I nie chodzi mi o jakieś wielkie działania - organizowanie się w wielkich celach. Ale o zwykłe życie wśród innych. O to aby nie zajmować całej szerokości chodnika jak się idzie w kilka osób. O to, żeby nie zmuszać innych do słuchania mojej ulubionej muzyki na plaży. Można tak wymieniać przez wiele stron. Każdy, kto ma jakąś elementarną wrażliwość i empatię musi zauważyć to jak zmienili się ludzie. 
I to jest ta otchłań, w którą wpadamy jako ludzkość. I to jest ta zmieniająca się niezmienność. To co napawa mnie największym smutkiem. Coś co pogłębia u mnie antropofobię. Przez całe wieki ludzkość w swej masie robiła wiele z myślą o innych - istniało, wcale nie iluzoryczne, pojęcie dobra wspólnego. Dziś na pierwszym miejscu stoi moja wygoda, moje widzimisię. Co więcej - ludzie kompletnie nie rozumieją tych, którzy w jakikolwiek sposób angażują się dla res publicae czyli rzeczy wspólnej. Dlatego jestem pełen przerażenia w jakim świecie będą musili sobie poradzić moi synowie. Może robię im krzywdę, wychowując na dobrych, empatycznych, wrażliwych ludzi?
PS. Możliwe, że zastanawiasz się, Drogi Czytelniki, co skłoniło mnie do napisania takich wynurzeń. Jak wspomniałem wcześniej, przykładów mógłbym podawać kilka codziennie. Podam krótko tylko dwa.
Moja znajoma na zwróconą uwagę, że nie skręca się z pasa do jazdy prosto, bo to niegrzeczne w stosunku do tych, którzy stoją w korku i czekają do skrętu oraz niebezpieczne bo zaraz za zakrętem jest przejście dla pieszych, na którym już potrącono kilka osób, odpowiedziała, że ona tak jeździ jak jej się podoba.
Na zwróconą uwagę, że ktoś jedzie pod prąd ulicą pod moim mieszkaniem, bo jest to niebezpieczne dla ludzi, którzy przechodzą patrząc tylko w jedną stronę, a ponadto można wjechać na przód autobusu, usłyszałem, że to nie moje sprawa bo nie jestem szeryfem, że to jego sprawa, żebym wyżywał się na żonie, żebym zajął się własnym ogródkiem, żebym poszedł pomodlić się do kościoła i jeszcze wiele innych nieprzyjemnych słów, których nawet już nie spamiętałem.

czwartek, 28 czerwca 2018

Co dalej….? Nie o piłce (albo niewiele).

Od bardzo długiego czasu nie było wpisu na moim blogu. Nie stało się to bez przyczyny. Nie było to po prostu lenistwo, ale kilka, zazębiających się, spraw.


Podstawową przeszkodą była ogromna zmiana w moim życiu rodzinnym. Mianowice 28 marca na świat przyszedł nasz trzeci syn - Jeremiasz Franciszek. Pojawienie się każdego dziecka wprowadza element chaosu. Nie inaczej jest tym razem. Stąd nie miałem, nie tyle czasu, ale i tematów do pisania - bo całkowicie pochłonęło mnie życie rodzinne. 
Dziś wreszcie zaczynam wakacje. Tak! Wbrew temu co się powszechnie sądzi, nauczyciele nie zaczynają wakacji wraz z zakończeniem roku szkolnego - mają przeróżne obowiązki także wtedy, kiedy ich uczniowe są już na obozach czy innych wyjazdach. Dlatego mogę podzielić się kilkoma myślami.
Piszę te słowa w trakcie „meczu o honor” naszej reprezentacji w piłce kopanej i… nic więcej nie napiszę. Szkoda słów.
Co dalszych losów bloga. Mam, jak to się mówi, lekkiego doła. Zasięg nie jest oszałamiający - od dwudziestu kilku osób do kilkudziesięciu. Kilka starszych wpisów cały czas cieszy się popularnością. Ale nie to jest najważniejsze. Powodem największej zgryzoty jest to, że tak na prawdę nie ma o czym pisać. Moje „Wycie” jest „głosem wołającego na puszczy” i nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo „gentelmani zajmują się tylko przegranymi sprawami”. Jednak jeśli ci, którzy powinni, w pierwszej kolejności, zajmować się pewnymi sprawami mają to „w nosie”, to cóż ja - mały trybik w machinie? Odechciewa się, kiedy człowiek widzi policjantów nie reagujących na łamanie przepisów drogowych, albo samych je przekraczających. Dopada zniechęcenie kiedy nauczyciele skupiają się na „odwaleniu” roboty zamiast rozwijaniu pasji. Powtarza się za niegdysiejszymi punkami „no future” kiedy rodzice dbają, przede wszystkim, o dobre samopoczucie swych dzieci a nie o kształtowanie ich charakteru i moralności. Traci się motywację kiedy człowiek patrzy na największą imprezę sportową i widzi jak wygrana i przegrana nie jest związana z tylko z umiejętnościami sportowymi, ale opiera się na ciągłym oszukiwaniu i próbach przekraczania przepisów przy braku konsekwencji ze strony sędziów. Etc. etc.
Dlatego nie oczekuj, Drogi Czytelniku, że moje wpisy na blogu będą się pojawiały często. Jeśli uzna, że coś jest warte opisania i podzielnia się - to tak się stanie. Na pewno jednak nie będą to wpisy regularne. Będę się starał także poszukiwać więcej pozytywów niż negatywów. Zobaczymy jak mi pójdzie.

czwartek, 5 kwietnia 2018

W poszukiwaniu męskości

Oczekując kolejnego syna, mając już dwóch w wieku szkolnym, widząc swą przyprószoną siwizną głowę, dostrzegając dookoła coraz bardziej zniewieściałych męższczyzny, zacząłem coraz mocniej zastawiać się nad tym, czym jest męskość i jak ją przekazać moim dzieciom?


Wydaje się, że okres Wielkiego Postu jest bardzo dobrym momentem na poszukiwanie odpowiedzi na ważne pytania. Ale mimo to, że Post się skończył nie znajdowałem odpowiedzi. 
Wiem na pewno, czym męskość nie jest, a co niektórzy mylą z tą postawą. Nie jest chamstwem, cwaniactwem (zwłaszcza na ulicach), wulgarnością, brutalnością. Te zachowania są zaprzeczeniem męskości, są barbarzyństwem. 
Wreszcie przyszło olśnienie, a tak na prawdę, fragment jakiegoś wykładu, spotkania obejrzany w TV. I tam właśnie usłyszałem czym jest męskość. Prowadzący stwierdził, że kiedy krzyczy się na dzieci, to obnaża naszą słabość i bezsilność. Nie ma to nic wspólnego z bezstresowym wychowaniem! Mężczyzna powinien być stanowczy ale łagodny. Wymagający ale kochający. 
Okazuje się, że męskość jest niczym innym jak rycerskością. Tym ideałem faceta, który realizował w praktyce osiem cnót:
  • Życie w prawdzie
  • Wiarę
  • Żal za grzechy
  • Dawanie dowodów pokory
  • Miłowanie sprawiedliwości
  • Bycie Miłosiernym
  • Bycie szczerym i wielkodusznym
  • Znoszenie prześladowań
To jest właśnie to, czym prawdziwy facet powinien żyć. A przynajmniej się starać. 

Teraz, panowie, przed nami kolejne, trudniejsze, zadanie. Przekazać te zasady naszym synom. Nie tylko puste słowa. Trzeba je napełnić treścią. Może ktoś ma pomysł jak?

niedziela, 1 kwietnia 2018

Życzenia Wielkanocne

A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara.1 Kor. 15,14


Dzieląc się radością z narodzenia kolejnego członka naszej rodziny, Jeremiasza Franciszka, a jednocześnie świętując Święta Paschalne, pragnę życzyć prawdziwej Radości wypływającej w naszej Wiary oraz Nadziei zakorzenionej w Miłości Boga do Jego dzieci, którą objawił przez zbawczą Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie Pana Naszego Jezusa Chrystusa.

piątek, 16 lutego 2018

„Faszyz, faszyz” wszędzie

Ostanie tygodnie przyniosły dwa, pozornie ze sobą niezwiązane wydarzenia. Najpierw ujawnienie obchodów urodzin Hitlera przez grupę związaną ze stowarzyszeniem Duma i Nowoczesność. Nastepnie uchwalenie zmiany ustawy o IPN, która penalizuje „polskie obozy koncentracyjne”. Niestety rządząca Polską Zjednoczona Prawica nie potrafiła sobie poradzić ani z jednym, ani z drugim.


Niestety obóz rządzący kompletnie pogubił się już w momencie ujawnienia przez Superwizjer TVN gorszących scen sprzed, prawie, roku. Panika i zaangażowanie najwyższych dygnitarzy oraz takich służb jak ABW spowodowało, że w świat poszedł przekaz prosty i zarazem nieprawdziwy - Polska ma problem z neonazistami. Jasne jest bowiem, że każdy, rozsądnie myślący, człowiek zdaje sobie sprawę z tego, ze nikt normalny w Polsce, która była pierwszym celem Hitlera i tak wiele wycierpiała z rąk Niemiec, nie będzie wychwalał zbrodniarza. Ergo: ci, który to robią to albo kretyni, albo pożyteczni idioci, albo ludzie podstawieni, jak butelki po alkoholu do śmietnika. W każdym razie margines na marginesie. Reakcja rządu była więc niewspółmierna do wydarzenia i nadała mu znaczenie. Według mnie jedyną reakcją winna być konferencja prasowa jakiegoś podsekretarza stanu albo nawet szefa policji, który stwierdziłby tylko, że w Polsce nie ma problemu neonazizmu, że wszystkie tego typu grupy są obserwowane i kontrolowane, a ponadto nie ma przyzwolenia społecznego na te, marginalne, działania. Natomiast z neonazizmem, i to działającym legalnie, mamy do czynienia za naszą zachodnią granicą. I tyle. A tak zrobiło się niepotrzebne podgrzewanie tematu, co nabrało dodatkowego znaczenia w połączeniu z nowelizacją ustawy o IPN.
Tutaj także zawiodły wszelkie możliwe działania. Począwszy od polityki informacyjnej poprzez zakulisowe działania dyplomatyczne. Nie mówiąc o samej ustawie, która jest, de facto, przeciwskuteczna. Zacznijmy od końca. Ustawa ta, w praktyce działać może jedynie na terenie RP, bo trudno wyobrazić sobie, ze amerykańskie sądy skażą, na jej podstawie, np. szefa FBI, który kiedyś popisał się tym lapsusem. Stała się natomiast kolejnym biczem, przyznajmy, że PiS sam go na siebie ukręcił, którym można chłostać Polskę, za np. ograniczanie badań naukowych. I nic nie zmieni fakt, że zapisane jest coś zupełnie przeciwnego, bo nie fakty się liczą ale przekaz. A z tym rządzący mają cały czas problem. Do tego wszystkiego dołączyły się głosy dyplomatyczne ze strony Izraela, które skutecznie, po raz kolejny, uczyniły z Polaków systemowych antysemitów. 
Skoro potrafię krytykować, to czy umiem coś zaproponować. Niestety (a może na szczęście) nie jestem członkiem rządy i nie wiem jakie możliwości dyplomatyczne były, ale moim zdaniem można było zrobić kilka rzeczy. Po pierwsze poszukać w Izraelu poparcia dla tej ustawy i uruchomić żydowskich przyjaciół Polski jako lobby. Ponadto IPN mógł zorganizować międzynarodową  konferencję historyków na ten temat (coś co zrobił o. Rydzyk w Toruniu, ale na jeszcze większą skalę) i tam przedstawić założenia ustawy. Należało (i należy!) zmienić funkcjonowanie muzeum Auschwitz-Birkenau. Zacząć trzeba od wycieczek z Izraela - żadnej wyjątkowości: żadnej ochrony służb obcego państwa, żadnej izolacji, polscy przewodnicy, którzy przedstawią prawdę o tym miejscu kaźni i obowiązkowe uruchomienie bloku Polskiego, gdzie przedstawiony jest początek wojny i obozu, a o którym pisałem już dawno: http://wyciesamotnegowilka.blogspot.com/2014/06/zapomniany-blok.html To na początek, a za tym winny iść działania kulturowe (filmy, książki) i systemowe, w tym dyplomatyczne. 
Nie wiem, czy w tej chwili da się z tego całego galimatiasu wyciągnąć jakieś dobro. Jako patriota i historyk, który uważa, że summa summarum Polacy zdali egzamin podczas wojny w stosunku do mniejszości Żydowskiej, trzymam kciuki za nasza dyplomację, żeby naprawiła co zepsuła reszta.

niedziela, 28 stycznia 2018

Podsumowanie wyzwania czytelniczego

Do wyzwania czytelniczego, ogłoszonego na Fb przez księgarnie Selkar przystąpiłem z wielką nadzieją. Przeczytanie 50 książek w rok nie powinno stanowić problemu. A jednak…


Ostatecznie udało się przeczytać 34 książki, z których kilkanaście opisałem na niniejszym blogu. Być może nie jest to zaskakująca liczba i mógłbym przeczytać więcej, ale… Nie wszystkie książki były lekkie, łatwe i przyjemne. Niektóre wymagały wiele wysiłku podczas czytania. Ponadto czytam wiele prasy - tygodnik, dwa miesięczniki, kilka dwumiesięczników lub kwartalników. Może ktoś uzna to za wymówki - i ma rację. Sam siebie tłumaczę i pocieszam w ten sposób.
Teraz kilka słów o przeczytanych tytułach, które nie znalazły się w poprzednich posatch. Zaczynamy!

15/50 S. Beckett, Zimne ognie oraz 30/50 S. Beckett, Niespokojni zmarli 
Simon Beckett to autor thrillerów i kryminałów. Pierwsza pozycja to thriller psychologiczny, z niezłą fabuła i zwrotami akcji ale… przewidywalny. Niespokojni zmarli to kolejna część serii o antropologu sądowym Davidzie Hunterze. Niestety po przeczytaniu poprzednich części ta staje się trochę nudna. Powtarzają się bowiem motywy - zła pogoda, odludne połacie wysp brytyjskich, tajemnice miejscowych, ciągłe odwoływanie się do intuicji, która jednak zwykle się spóźnia etc. Warto przeczytać, ale nie należy zbyt wiele oczekiwać po tych lekturach.
16/50 P. Corso, Podziemne miasto, 17/50 P. Corso, Miasto złodziei, 18/50 P. Corso, Miasto z gliny
Seria, skierowana raczej do młodego czytelnika, o poszukiwaczu skarbów - amatorze, który współpracuje z rządową agencją w celu odzyskiwania dóbr kultury. Taki trochę współczesny Pan Samochodzik, tylko mniej uładzony. Niezła rozrywka.
9/50 A. Pilipiuk, Największa tajemnica ludzkości
Najsłabsza książka Pilipiuka jaką czytałem. Dobrze, że jej nie ciągnął dalej, choć z fabuły wynika, że takowy ciąg dalszy miał być. Warto przeczytać, żeby zobaczyć, że nawet Pierwszy Grafoman Rzeczypospolitej stworzył gniota.
20/50 N. Gaiman, Na szczęście mleko
Świetna książka dla dzieci i młodzieży. Super zabawa, specyficzny humor i fantazja znanego, raczej z twórczości dla dorosłych, autora. Polecam!
21/50 P. Pizuński, Sekretne sprawy Krzyżaków
Książka historyczna, popularna. Ciekawostki o zakonie Krzyżackim. Dla lubiących historię średniowiecza pozycja konieczna. 
22/50 A. Pilipiuk, Wilcze leże
Kolejny zbiór opowiadań bezjakubowych jednego z moich ulubionych autorów. Ja to po prostu uwielbiam i nie potrafię mieć zastrzeżeń.
23/50 A. Christie, Wczesne sprawy Poirota
Opowiadania o drugim najsłynniejszym detektywie na świecie.
24/50 J. Łątka, Oskarżam arcyksięcia Rudolfa
Niezwykle ciekawa książka dotycząca zagadkowej śmierci Arcyksięcia Rudolfa, jedynego syna Franciszka Józefa. Łątka nie tylko przedstawia fakty, ale także watpliwości oraz próby rozwiązania zagadki. Obowiązkowe dla wszystkich wielbicieli Austro-Węgier i monarchii Habsburgów.
26/50 R. A. Ziemkiewicz, Złowrogi cień Marszałka
Nadzwyczajna książka. Próba odbrązowienia postaci Piłsudskiego, ale też ukazania jak ta wizja mitycznego Marszałka wpływa na współczesną politykę polskiej prawicy. Okazuje się, że Ziuk nie był Aniołem i Bogiem w jednym. Miał dużo wad i popełniał wiele błędów. Najgorsze jednak, ze był, wbrew mitowi, bardzo małostkowy i nieprzewidujący. Dla mnie, było nie było historyka (trochę wstyd), największym zaskoczeniem było odkrycie, że Piłsudski nie był żołnierzem. Nie miał ani formalnego wykształcenia ani doświadczenia. Bo przez całe życie do czasu legionów był działaczem partyjnym. Dlatego Austriacy stworzyli dla niego, nieistniejący w KuK Armii, stopień brygadiera. Dużą wadą tej pracy jest brak przypisów (ta sama bolączka co u Zychowicza). Rozumiem, że to bardziej publicystyka i popularyzacja, ale jednak źródła by się przydały, żeby można było sobie samemu zweryfikować.
27/50 G. Górny, J. Rosikoń, Tajemnice Fatimy. Największy sekret XX wieku
Zdumiewająca i uderzająca książka. Opisuje wydarzenia, które miały miejsce w Portugalii przed stu laty. Ale też wpływ objawień na późniejsze czasy. Albo raczej wpływ niewiary i braku odpowiedzi wielu ludzi na wezwanie Maryi. Książka pięknie wydana i warto ją mieć i czytać. A przede wszystkim odmawiać różaniec.
28/50 red. W. Sedeńko, Przedmurze. Antologia polskiej fantastyki
Zbiór opowiadań fantastycznych nawiązujących do współczesności, tak w wymiarze polityczno-społecznym  jak i technologicznym. Warto zobaczyć, jak, przez pryzmat naszych czasów, przyszłość widzą autorzy SF. Zwłaszcza, że opowiadania te napisane zostały specjalnie do tej publikacji.
29/50 Ch. Bukowski, Szmira
Ostatnia powieść Bukowskiego. To właściwe opis zmagań człowieka z nałogiem alkoholowym pod płaszczykiem kryminału w stylu noir.
31/50 J. Komuda, Samozwaniec. Moskiewska ladacznica 
No, po prostu Komuda. Czyli świetnie i ze szczegółami opisana sfabularyzowana historia Polski. Dużo krwi, tchórzostwa i bohaterstwa na miarę XVII wieku. Nie można pominąć.
32/50 W. Willmann, Wspomnienia wojenne lotnika
Wspomnienia lotnika z armii austro-węgierskiej z czasów Wielkiej Wojny. Trochę zawód bo miałem nadzieję, ze będzie więcej o I Wojnie w powietrzu, a tu przeważają anegdoty z ziemi. Ale warto poznać tamte czasy od strony zwykłego żołnierza.
33/50 W. Łysiak, Żołnierz
Początkowo chciałem popełnić oddzielny wpis dotyczący tej książki. Jednak właściwie nie ma o czym pisać. Niestety mój idol lat młodzieńczych - nietuzinkowy pisarz i publicysta coraz bardziej rozmienia się na drobne. W tym dziełku i tak, porównując do kilku wcześniejszych pozycji, jest mało Łysiaka w Łysiaku, ale też nie ma żadnej wartości dodanej. Trochę to popłuczyny po Konkwiście i Kielichu, które były zdecydowanie lepsze. I język i intryga i filozofowanie głównego bohatera nie porywają. Jeśli zna się wcześniejsze książki Baldheada, to nic nas nie zaskoczy. A szkoda. Cały czas czekam na coś na miarę Wysp Zaczarowanych tudzież Statku.
34/50 J. Verne, Wąż morski
Rozrywka, ale na najwyższym, XIX wiecznym, poziomie. Książka, która pokazuje, że to co dziwne nie musi być wcale nadnaturalne. Zdecydowanie warto przeczytać bo niezwykle wciąga, ale… ja nie jestem tu wiarygodny, bo twórczość Verna był zawsze dla mnie niezwykle ważna. 

środa, 17 stycznia 2018

Podsumowanie 2017 roku

Styczeń nowego, 2018, roku już w pełni. Czas na krótkie podsumowanie. Jako, że lubię porządek (charakter praworządny dobry), zrobię to w punktach.


  • Pojawiało się 18 wpisów, czyli najwięcej w ciągu roku od czasu powstania bloga
  • 13 wpisów dotyczyło wyzywania czytelniczego „50 książek w rok”
  • Posty przeczytało 697 osób, co daje niecałe 39 osób na post - niniejszym składam wyrazy podziękowania tym, którzy tu zaglądają
  • Wydaje się, że spadła ogólna liczba czytelników (choć nie mam na to twardych dowodów)
  • Cały czas najpopularniejsze wpisy to stare o bitwie pod Koronowem i o kwartalniku Chtistianitas oraz podróżnicze - o Paryżu, Londynie, Pradze i Budapeszcie
  • Blog istnieje i będzie działał, bo tak na prawdę jest przede wszystkim po to abym mógł upowszechnić to co mi leży „na wątrobie”. Jeśli ktoś to przeczyta i zgodzi się lub będzie polemizował to mnie bardzo ucieszy.
  • Chciałbym pisać częściej, ale nie zawsze jest czas i nie zawsze jest o czym pisać
  • W następnym poście podsumuję wyzwanie czytelnicze
  • Do przeczytania