piątek, 10 lutego 2017

(2/50) Szczepan Twardoch, Król

Zanim zaczniesz czytać, proszę zapoznaj się z wprowadzeniem i zastrzeżeniami autora we wcześniejszym wpisie. Tą książką żegnam się z twórczością Twardocha - nie jest dla mnie.



Pierwszy raz z nazwiskiem Szczepana Twardocha zetknąłem się gdzieś na łamach starej Frondy, albo Christianitas, albo „Czwórek”. Nie pamiętam już. Pamiętam jednak, że teksty były niebanalne, a ich forma nowatorska. Chciałem więcej. Poszukiwałem wcześniej wydanych pozycji autora „Króla” i je zdobywałem - w tej chwili mam wszystkie.
Niestety czytając najnowszą książkę Twardocha odczuwałem coraz większy niesmak. I, podkreślę to raz jeszcze, piszę tu tylko o wrażeniach w trakcie i krótko po przeczytaniu. Nie zagłębiam się w filozofię i meandry. Tylko myśli, które miałem podczas czytania.
Od samego początku miałem wrażenie, że czytam dalszy ciąg „Dracha”. Ten sam styl, tylko gwarę śląską zastąpił jidysz. Ja wiem, ze to charakterystyczny, oryginalny styl Twardocha, ale jeśli po dwóch książkach czytam trzecią i mam wrażenie, że to cały czas to samo (nawet niektóre przemyślenia bohatera niemal skopiowane z poprzednich) to już zalatuje późnym Łysiakiem. 
Wraz z zagłębianiem się w lekturę, która - musze to przyznać - wciąga, moje myśli krążyły wokół osoby Autora i zastanawiałem się, co się wydarzyło w Jego życiu, że z pisarza konserwatywnego (i nie chodzi tu o formę, a raczej treści) przedzierzgnął się w pupilka tzw. „salonu” i dalej w to brnie. Odnosiłem coraz większe wrażenie, że „Król” to miks „Morfiny” i „Dracha”, które stały się pozycjami nagradzanymi przez „salon”, z umieszczony w środowisku żydowskim (a to się dobrze „sprzedaje” - vide Olga Tokarczuk), z obowiązkowym polskim antysemityzmem (który w książce reprezentują nie tylko środowiska endeckie, ale też sanacja i właściwie wszyscy Polacy, z nielicznymi wyjątkami, a i „oni świnie”).
Nie chcę tu psychologizować, ale jednak tok myśli czytelnika idzie czasem takimi ścieżkami i chciałbym się tymi myślami podzielić. Zakładając, że pisarz w każdej powieści opisuje trochę siebie, a nie wydaje mi się błędem to autor „Króla” zdaje się być bardzo zagubiony. I dotyczy to właściwie  trzech ostatnich książek Twardocha, choć już w „Wiecznym Grunwaldzie” i niektórych opowiadaniach ze zbioru „Tak jest dobrze” pojawia się pewna pustka. Wszystkie te powieści są niesamowicie ponure, mroczne i depresyjne. Kończą się tragicznie, a właściwie tragedią, koszmarem, śmiercią i pustką. Wszyscy bohaterowi nie mają tożsamości, nie potrafią siebie odnaleźć. Zwłaszcza tożsamości narodowej, religijnej. Wszyscy odrzucają Absolut, a jednocześnie pojawia się On jako Drach lub Litani (wieloryb krążący nad Warszawą), ale jako obserwator i symbol losu, na który nie mamy wpływu. Nihilizm jest najważniejszą filozofią, która wylewa się z książek Twardocha. 
I dlatego nie są to książki dla mnie. Po prostu, dzisiejsza rzeczywistość serwuje nam tyle smutku i tragedii, że nie chcę czytać o beznadziei. Nie znaczy to, że oczekuję od literatury jedynie utopijnej Arkadii, gdzie wszyscy są szczęśliwi i bogaci. Ale chciałbym aby po burzy nastał słoneczny poranek. Aby w ciemności jarzyła się iskierka. Aby w smutku znalazła się nadzieja. A tego w książkach Twardocha nie znajdziecie - tam jest tylko śmierć, kłamstwo, zło i mrok.

sobota, 4 lutego 2017

(1/50) Benedykt XVI i Peter Seewald, Ostatnie rozmowy

Zanim zaczniesz czytać, drogi czytelniku, proszę zapoznaj się z wprowadzeniem i zastrzeżeniami autora we wcześniejszym wpisie. 

Pierwsza książka w tym roku to, niestety, zawód. Nie mam zamiaru recenzować papieża Benedykta, ale po wywiadzie spodziewałem się czegoś więcej.


Dużo sobie bowiem obiecywałem po Ostatnich rozmowach. Miałem nadzieję na  duchową ucztę, a skończyło się na kilku ciekawostkach z życia Ratzingera i Benedykta. Czytając ten wywiad - rzekę, miałem wrażenie zmarnowanej szansy. 
Ciekawie czyta się o dzieciństwie czy młodości Josepha Ratzingera, ale o późniejszych okresach jego życia trochę mało. Niewiele dowiadujemy się o powodach zmiany nastawiania księdza, biskupa i wreszcie kardynała do Soboru Watykańskiego II, a właściwie do zmian posoborowych. W wywiadzie Ojciec święty (czy też ojciec Benedykt, jak sam prosi by go tytułowano) przyznaje, że taka zamiana nastąpiła - że początkowo był, również jako jeden z ekspertów Vaticanum II, hurraoptymistyczny, później jednak stawał się coraz bardziej krytyczny. Ale konkretów nie poznajmy. 
Niektóre wątki, zwłaszcza, niezwykle ciekawe dotyczące dyskusji, współpracy, czy nawet konfliktów z innymi wybitnymi teologami lat 50 - 60 ubiegłego wieku, urywają się nagle bez oczekiwanej pointy. Szkoda.
Niedużo też nowych rzeczy dowiadujemy się o pontyfikacie Benedykta XVI, a chciałoby się więcej. Dla mnie, jako tradycjonalisty i „pomponiarza” troszkę smutny jest fragment dotyczący powrotu Benedykta XVI do tradycyjnych szat, zmiany paliusza czy feruli. Otóż Ojciec Benedykt stwierdza, że nie było tu żadnych głębszych motywów poza estetycznymi i „bo tak Mu się chciało”.
Troszkę męczą dłuższe wypowiedzi przepytującego Petera Seewalda, na które Ojciec święty odpowiada np. Nie. I koniec. Żadnego uzupełnienia, wyjaśnienia czy rozwinięcia. Znów szkoda.
No, niestety Raport o stanie wiary to nie jest..

poniedziałek, 23 stycznia 2017

50 książek w rok

Postanowiłem wziąć udział w tym przedsięwzięciu facebookowym organizowanym przez księgarnię Selkar. 


I tak dużo czytam. A to mnie jeszcze bardziej zmobilizuje. Nadto chcę się podzielić wrażeniami z przeczytanych lektur. Proszę więc kolejne wpisy z tej serii traktować jako WRAŻENIA, IMPRESJE, nie recenzje. Bo tych nie odważę się pisać. Zbyt wysokie progi. Natomiast jako odbiorca tekstów kultury mam pełne prawo do osobistych, SUBIEKTYWNYCH przemyśleń. Dlatego jeśli ktoś się ze mną nie zgadza i ma inne zdanie na temat, którejś z książek - nie będę się kłócił, bronił swego zdania, bo wrażenie nie są tego warte. 
Będę się nimi dzielił, bo może ktoś chciałby przeczytać jakie doznania były moim udziałem w trakcie i po zapoznaniu się z konkretnym tekstem. Może ktoś będzie chciał sam sprawdzić i przeczyta. Może się ze mną nie zgodzi i napisze co o tym myśli. 
Niezależnie od efektów - zachęcam do czytania… książek i niniejszego bloga :).
Pozdrawiam

wtorek, 17 stycznia 2017

Impresje z Genui

Największy port Włoch, a można go przejść wzdłuż i wszerz w jeden dzień. Ma też jedną linię metra. I wiele zabytków. Oraz Akwarium. W Genui byliśmy tylko dwa dni, ale trochę jej zasmakowaliśmy.


Ciekawostkę stanowi już dojazd do tego największego portu Włoch. Stanowi go stara, zwykła, kręta droga przerobiona na autostradę w ten sposób, że z jednego zrobiono dwa pasy w kierunku miasta. Wyjazd jest już bardziej komfortowy - w miarę nową autostradą na wysokich wiaduktach. 
Tak na prawdę naszym celem było Acquario di Genova, ale należy wykorzystać każdą okazję na poznanie czegoś nowego. Samo akwarium robi ogromne rażenie, choć z zewnątrz nie widać jego wielkości. Wewnątrz - mureny, koniki morskie, meduzy, rekiny (i to te największe i bardzo zróżnicowane) oraz delfiny. I wiele, wiele więcej. Jak choćby specjalne akwaria „Gdzie jest Nemo” czy „Spongebob”. Naprawdę warto to zobaczyć. Rekiny w wielkim akwarium, które można obserwować z dwóch poziomów, a w nim - ryba piła, rekiny wszelkich gatunków, płaszczki. W równie dużym zespole akwariów żyją delfiny. Co jakiś czas jest ich prezentacja przez pracowników delfinarium - zabawy, skoki, akrobacje. Poza tymi „pokazowymi” są także młode i mniej doświadczone osobniki. Ponadto możemy podziwiać foki i słonie morskie i setki innych gatunków zwierząt morskich ze wszystkich mórz i oceanów świata - skorupiaki, małże, ukwiały, rozgwiazdy, koralowce etc. etc.
Ale Genua to nie tylko akwarium. Warto zapuścić się w uliczki najstarszej części miasta aby poczuć klimat światowego, potowego miasta. Wzdłuż wybrzeża potowego ciągnie się pasaż pełen knajp, sklepów i wielojęzycznego, głównie męskiego tłumu. Momentami było dość przerażająco. Jeśli ktoś woli większą liczbę kobiecych krągłości można zajrzeć na via della Maddalena prowadzącą do kościoła pod wezwaniem tej świętej i… mającą jeszcze jeden z Nią związek - kobiety parające się najstarszym zawodem świata czekające na klientów w środku dnia. Nieświadomi tego faktu zapuściliśmy się w tę uliczkę (bardzo długą) - w końcu małżonka to Magdalena - wraz z naszymi synkami i modliliśmy się, żeby nie zaczęli zadawać trudnych pytań. Jak tylko zdarzyła się sposobność - czmychnęliśmy gdzieś w bok. Dzięki temu trafiliśmy do Focacceri Titty e Fede gdzie mogliśmy zasmakować najlepszych focacci genueńskich i gdzie zaopatrują się miejscowi. Mogło to się wydarzyć tylko dzięki przemiłej pani w tym przybytku. 
Niedaleko mieszczą, się dwa niezwykłe kościoły. Pierwszym jest romańska katedra pw. św. Wawrzyńca (San Lorenzo), w której styl romański miesza się z gotykiem i do tego dochodzi renesansowa kaplica św. Jana Chrzciciela z Jego relikwiami. Na ściani prawej nawy można znaleźć miejsce spoczynku doczesnych szczątków arcybiskupa Genui kard. Giuseppe Siri, domniemanego papieża wybranego (wg. części środowiska sedewakantystycznego) podczas konklawe w 1958 roku po śmierci Piusa XII. Niewątpliwie był poważnym kandydatem podczas wszystkich konklawe za jego życia. 
Kilka kroków dalej wzdłuż via San Lorenzo mieści się barokowy kościół Imienia Jezus oraz świętych Ambrożego i Andrzeja, w którym można zobaczyć dwa obrazy Rubensa.
Z innych ciekawostek, w Genui, przy Piazza Dante znajduje się domniemany dom Krzysztofa Kolumba, niedaleko  stąd do Porta Soprana, głównej bramy do portu. Jednak nie należy się spodziewać niesamowitości ani po jednym ani po drugim miejscu.
Ponieważ, jak wspomniałem, byliśmy w Genui tylko dwa dni to nie można było zobaczyć zbyt wiele, ale i nie nastawialiśmy się na zobaczenie wszystkiego co ciekawe. Raczej na powolne smakowanie i sprawdzenie czy warto wrócić. Dlatego wspomnę jeszcze tylko dwa miejsca - ulica Garibaldiego z najbardziej reprezentacyjnymi pałacami, w których mieszczą się różne urzędy, banki i ambasady oraz Mercato Orientale gdzie można zaopatrzyć się we wszystko czego dusza zapragnie a żołądek strawi - owoce, warzywa, mięso i, przede wszystkim, ryby i owoce morza. Sam widok tego bogactwa powoduje załamanie, nawet jak się mieszka w portowym mieście, w którym jest Hala Rybna. To mrożony w większości promil tego co w Genui jest świeżusieńkie.
Dlatego, wydaje mi się, warto odwiedzić ten wielki-mały port i zasmakować w niezwykłym klimacie i jedzeniu.

Zdjęcia z Genui na Flickrze.

sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia


„Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda”
Mt 2,1
Betlejem - Bet Lehem „Dom Chleba”
Życzę aby nigdy Wam nie zabrakło Chleba Duchowego, w którym obecny jest Chrystus z Ciałem i Krwią, Duszą i Bóstwem, bo tylko w Nim jest pełnia Radości, Nadziei i Miłości.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Cztery obrazki polskiej przedsiębiorczości

Wiele się mówi o polskich małych firmach, o tym, że to ich kondycja stanowi o sile naszej gospodarki i bogaceniu się społeczeństwa. Może mam wyjątkowego pecha ale tak się złożyło, że w minionym roku zostałem kilkukrotnie negatywnie zaskoczony właśnie przez przedstawicieli tej małej i średniej przedsiębiorczości. Co ciekawe dotyczyło to przede wszystkim motoryzacji…


Obrazek 1. Diler samochodów X.
Kupno nowego samochodu to, wbrew pozorom, duży problem w Polsce. Zwłaszcza jeśli się ma jakieś oczekiwania. Wraz z żoną chcieliśmy kupić auto które miałoby nastepujące wyposażenie: klimatyzacja, tempomat, automatyczna skrzynia biegów. Reszta była nam dość obojętna, ale te trzy rzeczy, chcieliśmy mieć. 

Okazuje się, że w Polsce do wszystkich modeli i silników automatyczną skrzynię biegów daje jedynie Subaru. Wszystkie inne marki mają ogrniczenie do konkretnego silnika (najczęściej najdroższego) i wersji wyposażenia (najczęściej najwyższej czytaj: najdroższej). Skutek - chcąc mieć automat musisz kupić najdroższy model danego samochodu ze wszystkimi możliwymi bajerami. W innych krajach automatyczna skrzynia jest zazwyczaj jedną z opcji, tak jak podgrzewane lusterka czy klimatyzacja. U nas super luksus.
Odnośnie całej branży sprzedaży samochodów ciekawym jest tez fakt, ze w żadnym salonie nikt nie zaproponował nam aut używanych, które wszystkie te salony na sprzedaż mają. Też im nie zależy?
Obrazek 2. Diler samochodów Y.
Wreszcie, po obejrzeniu wielu różnych aut, wybraliśmy jedno. Pojechaliśmy do dilera  Y już po raz drugi. Rozmowa z tym samym sprzedawcą co przy pierwszym kontakcie. I zaczynają się schody. 

Mimo, że jest promocja - odbierzemy twój stary samochód i obniżymy cenę nowego - nasz dotychczasowy nie nadawał się bo jest trudno sprzedawalny. (NB. Sprzedałem go sam w ciągu 2 tygodni od wystawienia ogłoszenia, przy czym było kilku zainteresowanych kupnem). Pierwszy zgrzyt. Ale OK. drążymy dalej. Chcielibyśmy się najpierw przejechać wersją jaką chcemy kupić. Nie da rady. Co najwyżej bez automatu ale… też nie mają bo właśnie sprzedali egzemplarz testowy i następny będą mieli za 2 miesiące. I tyle, żadnej propozycji nic. Po kilkukrotnym zwróceniu uwagi, że nie kupimy „kota w worku” pan sprzedawca łaskawie podał nam adres innego dilera tej samej marki, który może mieć, ale nie jest to pewne. Ostatecznie umówiliśmy się, że jak dostaną już ten egzemplarz to pan sprzedawca do nas zadzwoni. 

Minął juz prawie rok i telefonu nie było… Warto tu podkreślić jeszcze raz - byliśmy zdecydowani i chcieliśmy ten samochód kupić. Nie byliśmy „oglądaczami”. Mimo to firma nie zrobiła nic żeby nam to auto sprzedać.
Obrazek 3. Diler samochodów Z.
Wreszcie na stronie internetowej jednego z salonów samochodowych znalazłem zakładkę samochody używane. Okazało się, ze większość salonów ma takie na zbyciu. Poleasingowe lub odzyskane w ramach wymiany „stary za nowy”. 
Przyjechaliśmy, obejrzeliśmy, wybraliśmy. Ponieważ Diler Z oferuje usługę, której nazwy nie pomnę, ale która polega na tym, że używany samochód jest doprowadzany do stanu jak najbardziej „nowego” - czyli wymienia się wszystkie zużyte części, myje, uzupełnia braki, naprawia uszkodzenia etc. musieliśmy poczekać parę dni na odbiór auta.
Odbiór nowszego samochodu zawsze jest przeżyciem i niestety udzieliła się także nam pewna niefrasobliwość. Mimo tego, że samochód nie miał nawet napompowanych odpowiednio opon nie sprawdziłem innych miejsc. I okazało się, że: w aucie wymieniono jedynie przednie tarcze i klocki (które miały ponad 90% zużycia) oraz olej i filtr oleju. Krótko później okazało się, że do wymiany są tylne klocki i tarcze, filtr powietrza, filtr kabinowy, osłony silnika oraz podwozia połamane lub brakujące. Mógłbym tak jeszcze trochę wymieniać. 
Inna sprawa: przy okazji pobytu w salonie zapytałem o koszt wymiany tylnych tarcz i klocków. 970 zł. Zakup w sklepie TYCH samych części, które są montowane seryjnie (a szczerze mówiąc, w tej sytuacji, nie ma pewności, że byłoby tak w salonie) to ok 450 zł. Montaż ok 100. Czyli prawie połowa mniej, przy pewności jakości. Czy tak wielki zarobek salonu jest faktycznie konieczny?
Obrazek 4. Wulkanizacja/myjnia.
Częsty to dzisiaj obrazek, że wraz z wulkanizacją jest myjnia. Albo odwrotnie. Od dłuższego czasu, mimo perturbacji, korzystałem z jednego z takich kombinatów. Regularnie myłem auto, zmieniałem opony, kupowałem opony, kupowałem felgi. Generalnie - stały klient. Do tego roku. 
Umówiłem się na wymianę opon. W oznaczonym dniu cała Gdynia była zakorkowana przez roboty drogowe. Był to dzień szczytowy w tym temacie - tak nie było nigdy wcześniej i nigdy później. Nie byłem w stanie przyjechać na czas. Zadzwoniłem do właściciela, ze robię co mogę i że się spóźnię. I choć specjalnie wyszedłem z pracy trochę wcześniej niż zwykle - spóźniłem się 12 minut. Kolejny klient był umówiony pół godziny po mnie. 

Mimo telefonu, pan w warsztacie był nieprzygotowany i stwierdził jedynie, ze się spóźniłem, a on ma co pół godziny klienta. Pożegnaliśmy się w niemiłej atmosferze. Pan stracił kilkadziesiąt złotych za wymianę. Stracił stałego klienta, więc wiele więcej (np. na wiosnę chciałem kupić nowe felgi) pieniędzy. Brak szacunku dla kasy i klienta. A trzeba sobie zadać pytanie - jaka pewność, że kolejny klient, przy tych warunkach drogowych dojedzie na czas? Ilu pan wulkanizator klientów pogonił za spóźnienie? Ciekawe to zwłaszcza w kontekście tego, że, przejeżdżając często obok warsztatu, widzę, ze tłumów tam nie ma - poza okresem litstoada i marca/kwietnia podczas wymian opon. Wydawałoby się, że warto szanować klienta. 

Potrzebne jeszcze wyjaśnienie - gdybym się spóźnił pół godziny, czyli przyjechałbym w czasie kolejnego klienta, poprosiłbym o umówienie się na inny termin. Nie uważam, że powinienem był być obsłużony w każdej sytuacji. Jednak, jak chyba każdy, wiem, ze wszelkie godziny umówień na usługę są orientacyjne. I u tego samego mechanika czekałem nie raz, choć przyjechałem o „moim” czasie. Zwłaszcza, że zawsze może wypaść coś niespodziewanego - trudne do wyważenia koło, zapieczona śruba etc. co przedłuży usługę. Nie widzę więc problemu, żeby kolejny klient poczekał parę minut, bo sam nieraz czekałem. Choć znając szybkość wymiany kół nie jestem pewien czy by musiał czekać.

Tak właśnie wyglądają moje obserwacje branży motoryzacyjnej. Czy w innych jest inaczej? Nie wiem i nie jestem pewien, patrząc na kilka zdarzeń, których sam byłem świadkiem lub uczestnikiem, choćby w handlu. Warto w związku z tym się zastanowić, czy to tylko wysokie podatki i zła wola urzędników przyczyniają się do upadku wielu małych firm w Polsce.

poniedziałek, 26 września 2016

Polecam poczytać Josepha Rotha (nie mylić z Philipem)

Wydawnictwo Austeria wznawia Dzieła Zebrane Josepha Rotha - pisarza niezwykłego bo...


No właśnie.  Zwykliśmy wszystkich szufladkować, w pierwszej kolejności po narodowości. I tu bohater niniejszego wpisu zaskakuje. Był Żydem urodzonym w Galicji (w Brodach koło Lwowa), pisał po niemiecku. Po 1918 roku, krótki czas, był obywatelem odrodzonej RP. Język polski znał, choć podczas spotkań z polskimi czytelnikami, wolał używać niemieckiego aby nie kaleczyć języka gospodarzy.  W moim przekonaniu należy Rotha nazwać pisarzem Austro-Węgierskim, albo - krócej - CK Pisarzem. 
Nie tylko dlatego, że był poddanym Franciszka Józefa, a po I Wojnie Światowej, w której walczył jako ochotnik, obywatelem Austrii i najlepiej opłacanym dziennikarzem berlińskim, ale, przede wszystkim, że monarchię Habsburgów cenił i za nią tęsknił. Opisywał jej ostatnie lata. Jak już kiedyś pisałem - był autorem czasu przełomu.
Prywatnie zaangażował się w przywrócenie monarchii  w Austrii. Spotykał się z kanclerzem Dolfussem, aby przekonać go do tej idei. Z jego tekstów przebija duży szacunek dla katolicyzmu, który uważał za zwornik monarchii Habsburgów. 
Po trosze realistycznie, po trosze magicznie opisywał również życie Żydów w galicyjskich miasteczkach i w świecie (Hiob), a także historie wiernych Habsburgom, acz fikcyjnych, rodów Austriackich (Krypta kapucynów, Marsz Radetzkiego). Opisywał Roth swój świat, który kochał, za którym tęsknił, i który odebrała mu I Wojna Światowa. 
Swoje powieści dzielił na krótkie rozdziały, aby łatwiej je publikować w odcinkach. Stosował zupełnie nowoczesne środki stylistyczne - np. powtórzenia, w celu wzmocnienia przekazu. Przeskoki miedzy bohaterami, cały czas pozostając w pierwszej osobie, lub do wszechwiedzącego narratora wypowiadającego się w trzeciej osobie. 
W każdej powieści Josepha Rotha bohaterowie dążą do uporządkowania, poszukiwania Boga i wartości. Niestety, zwykle, bez powodzenia. Pożądania przeważają i dlatego nie są to teksty optymistyczne. (No, może poza Hiobem, który kończy się swoistym Happy Endem). Książki CK Pisarza są wyrazem poczucia pustki po świecie, który odszedł, ale także zmaganie się z osobistymi problemami. Alkoholizm spowodowany chorobą psychiczną żony, która - już po śmierci pisarza - zostanie zamordowana przez Niemców w czasie wojny.
Roth nie pozostawia obojętnym. Wymaga myślenia, gra na emocjach. Fabuły, mimo, że niespieszne, wciągają. Nie pozwala na chwilę wytchnienia i prosty podział na dobrych i złych bohaterów. Głębia i bogactwo psychiki postaci, ich wybory i niezdecydowanie każą nam czytać i  czytać.
Polecam poczytać Rotha, gdyż jego teksty okazują się niezwykle uniwersalne. Choć świat CK Monarchii dawno odszedł do podręczników historii, to obraz jaki się wyłania z powieści galicyjskiego pisarza, dziwnie przypomina nasz świat. Upadek imperiów, zmiany, postęp, poszukiwanie wartości i punktów odniesienia.
Czytajmy Josepha Rotha.